Wyspa z Kominem (2)

0
Ogród botaniczny
Fot. Marta Tutaj TEMI
REKLAMA

Wyspę Labuan rozpoznawano po Kominie. Tak było ponad sto lat temu, gdy na tej niewielkiej wyspie, leżącej u wybrzeży Borneo, działała angielska kopalnia węgla. Ponad 30-metrowa Wieża Kominowa była wówczas znakiem orientacyjnym dla statków, przybywających do pobliskiej przystani. Prawdopodobnie, bo dziś nikt naprawdę nie wie, po co ją zbudowano – i to z cegieł sprowadzonych statkiem aż z Anglii! Komin tak naprawdę nie był kominem – nie znaleziono w nim śladów sadzy.

Kopalnię zamknięto w 1910 roku, a kilkadziesiąt lat potem i Komin się zawalił, ale mieszkańcy Labuan na tyle do niego przywykli, że postanowili go odbudować. Pod koniec XX wieku Wieżę Kominową zrekonstruowano z historycznych cegieł i ulokowano przy niej Muzeum Komina (Muzium Chimney). Dzięki temu Komin jest nadal znakiem rozpoznawczym niewielkiej malezyjskiej wyspy.

Uroki plaż

Pod Kominem wędrowałam dość często, bo w pobliżu znajdowała się zaciszna plaża, przy której lubiłam pływać. Plaż, należy dodać, na Labuan nie brakuje. Są długie, piaszczyste i ciągną się kilometrami. Nie należy jednak oczekiwać na nich parasoli, łóżek plażowych czy barowych stolików. Owszem, zwykle na obrzeżu są drzewa dające cień, a czasem i skalne groty z niszami i wygodnie umieszczonymi kamieniami do siedzenia (znalazłam sobie taką także na plaży miejskiej w Bandar Victoria, głównym mieście wyspy). I nawet plaża miejska, gdzie są skwerki, ścieżki joggingowe, małe restauracje, a nawet platformy do uprawiania jogi (!) w pierwszej połowie dnia jest cudownie pusta. Jak wyjaśnił mi jeden z labuańskich taksówkarzy, przed wieczorem na plaży jest po prostu… za gorąco. Labuańczycy ruszają na plaże, gdy słońce zaczyna się zniżać.

REKLAMA (2)

Najbardziej znaną na Labuan plażą jest Layang-Layangan – 6 km białego piasku i ciepłej, niezbyt głębokiej wody. Najlepsze podobno na wyspie miejsce do obserwowania zachodów słońca. Przy plaży znajdują się także dwa obiekty historyczne, jeden to Surrending Point – niewielki pomnik upamiętniający miejsce, gdzie 10 września 1945 roku japoński generał poddał się wraz z podległą mu armią dowódcy australijskiej dywizji. Dla wyspy Labuan, która przez cztery lata znajdowała się pod japońską okupacją, oznaczało to koniec II wojny światowej.

W pobliżu znajduje się Taman Damai, Park Pokoju, zorganizowany i utrzymywany przez Japończyków – ogród z kopcem pamięci, mający stanowić symbol pokoju i harmonii (niestety, ostatnio trochę zaniedbany!). Plaża Layang-Layangan jest jednak naprawdę czysta (kilka lat temu dostała za to międzynarodową nagrodę) i malownicza.

Niektóre wsie na wybrzeżu Labuan wyposażyły swoje odcinki plaży w zadaszone miejsca do siedzenia, piece do grillowania, hamaki i huśtawki. Zwykle jednak akurat te plaże nie nadają się do kąpieli – woda jest zbyt płytka, a dno najeżone kamieniami i szczątkami korali. Dla Malezyjczyków nie ma to znaczenia, bo na ogół używają plaży w inny sposób.

Dla nich to miejsce z widokiem na morze, gdzie można podjechać wieczorem, posiedzieć, ewentualnie urządzić piknik. Można pochodzić, ale do wody się nie wchodzi. Istotne jest raczej, żeby dało się podjechać jak najbliżej morza, zaparkować samochód i gdzieś usiąść. Jako miejsca do kąpieli Malezyjczycy wolą przydomowe płytkie baseny i mandi (łazienki).

Kopi i roti

Natomiast miejsc z restauracjami i straganami serwującymi jedzenie na Labuan nie brakuje. Po drodze do Muzeum Komina jest restauracja na morzu, w pawilonie na palach. Plac z wieżą zegarową przy publicznej plaży w Bandar Victoria to jeden wielki foodcourt, serwujący różne dania – od deserów po curry z kurczaka i dania z ryb. Wszechobecne są też napoje z lodem w wielkich, bulgoczących zbiornikach. W Malezji napoje chłodzące przyrządza się, napełniając szklankę lodem i dodając… trochę soku. Na wyspie można co prawda kupić też piwo w małych puszkach (o połowę taniej niż normalnie w Malezji, bo to strefa wolnocłowa), jednak miejscowi zawsze wolą polać lód czymś bardzo słodkim i kolorowym. Zasadniczo picie czegokolwiek bez lodu uważane jest za dziwactwo. Nawet „kopi O” – czyli czarną kawę z cukrem – serwuje się zwykle w wersji lodowatej. Cóż, uchodziłam za dziwaka. Domagałam się bowiem „kopi O panas” – czyli gorącej.

REKLAMA (3)

Na szczęście zarówno w barze samoobsługowym przy przystani, gdzie jadałam śniadania, jak i w mojej ulubionej „kolacyjnej” kafejce w Bandar Victoria szybko do tego przywykli. Bar miał wybór makaronów z sosem sojowym, uzupełnianych curry z kurczakiem, tofu lub jajkiem, a do kopi O podawano pączki i świeże banany. Kafejka znana była z najlepszych w okolicy roti, czyli ciągnących, gorących placków z rozmaitymi dodatkami – od ostrych sosów po słodki krem kayah, robiony z mąki pandanowej, jajek z cukrem i kokosu. W obu tych miejscach można było zjeść śniadanie czy kolację za 6 ringitów, czyli ok. 5 zł. Jedzenie w Malezji jest tanie. Moim osobistym rekordem był obiad, złożony z porcji smażonych bananów i grzanek z jajkiem, kupiony za 1 ringit – równowartość… 85 groszy.

Obie moje jadłodajnie miały jeszcze jedną zaletę – można było w nich spotkać przekrój populacji portowego miasta. Przychodziły tu z droższych hoteli brunejskie rodziny z pucułowatymi dziećmi i kobietami w muzułmańskich chustach, przychodzili ubrani po europejsku młodzi ludzie albo Chinki w paryskich sukienkach. Przychodzili policjanci drogowi w mundurach i kaskach motocyklowych, dokerzy i robotnicy portowi w żółtych gumowcach, hinduscy sklepikarze i uczniowie w szkolnych mundurkach i krawatach. Zawsze znalazł się też stolik dla starszych panów z sąsiedztwa, noszących się tradycyjnie: długie koszule, kraciaste sarongi lub szyte z nich luźne spodnie, białe fezy. Ci zwykle przesiadywali całe popołudnie, rozmawiając i sącząc teh tarik, czyli herbatę z mlekiem i cukrem, wielokrotnie przelewaną. Zamawiali gorącą, by powoli stygła.

Szukając ptaków

Ale wracajmy do Komina. W bezpośrednim sąsiedztwie tej szczególnej budowli znajduje się także Bird Park Labuan, reklamowany jako miejsce, gdzie można zobaczyć kilkadziesiąt gatunków ptaków, w tym borneańskie dzioborożce. Niestety, park okazał się rozczarowujący – w dość smutnych, zakurzonych wolierach trzymano tam stadka kur i papug, a także kilka marabutów, parę żurawi koroniastych, jednego dzioborożca i jednego wybitnie znerwicowanego strusia. Właściwie tylko pawie i kaczki pekińskie na niewielkim stawie wydawały się zadowolone z życia.

Przyjemniejszym miejscem okazał się miejski Ogród Botaniczny w Victoria. Choć i to miejsce czasy świetności ma za sobą – sztuczne kaskady nie działają od dawna, altanki na stawach rozpadają się powoli – pozostało malownicze, ciche i pełne zieleni. Gdy tam byłam, wiele drzew kwitło, a w ich gałęziach roiło się od ptaków: drobnych, długodziobych nektarników, czubatych bilbilów i czerwonookich, mieniących się skworczyków. Na deski pomostów na stawie spadały aromatyczne kwiaty, obok wygrzewały się drobne, brązowe jaszczurki. Młody waran monitor wystawił na chwilę głowę z wody, zmierzył mnie wzrokiem i zanurkował znowu.

Ostatnią atrakcją, jaką zwiedzałam przed opuszczeniem wyspy, było Muzeum Historii Labuanu – niewielkie i niezbyt zasobne, ale urządzone dość pomysłowo i obrazowo przedstawiające dzieje wyspy. W dodatku przed muzeum odbywał się festyn folklorystyczny. Pokazywano tam np. jak używano kiedyś drewnianych tarcz i krótkich pik, które były zarazem dmuchawkami do zatrutych strzałek. Można się było także sfotografować w tradycyjnym stroju lub spróbować utkać ozdobny pas. Częstowano tradycyjnym daniem z ryby i bułeczkami z pandanowego ciasta. Te ostatnie zabrałam na łódź, którą opuszczałam Labuan.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze