Czy to znaczy, że każdy hospitalizowany będzie potrzebował specjalnej rehabilitacji?
Może tak być. Hospitalizacja covidowa jest długa i składa się w naszym szpitalu z trzech etapów leczenia. Sam pobyt na oddziale zakaźnym to minimum 10 dni, lecz to nie koniec. Rzadko kto po pobycie w tym miejscu wychodzi od razu do domu. Gdy pacjent już nie jest zakaźny, w zależności od miejsca w organizmie, które covid doświadczył najmocniej, kierujemy go na odpowiedni dla jego schorzenia oddział – kardiologiczny, pulmonologiczny, internistyczny itd. Na każdy z tych oddziałów delegowani są też rehabilitanci – fizjoterapeuci, którzy pomagają pacjentom wracać do sprawności. To jednak nadal nie koniec. Nierzadko po covidzie zdarzają się chorzy, którzy nawet po tym etapie leczenia nie nadają się do samodzielnego życia. Trafiają więc na oddział rehabilitacyjny w naszym szpitalu. Leczenie trwa bardzo długo, a rehabilitacja potrzebna jest nawet po nim. Zanim się tego nauczyliśmy, przetarliśmy szlaki w leczeniu wirusa. Dziś już wiemy, jak to robić.
Baliście się?
Skłamałbym, gdybym zaprzeczył. O ile w innych zawodach istnieje prawdopodobieństwo spotkania osoby chorej, to my z chorymi mieliśmy do czynienia naprawdę. To do nas trafiali także w czasie, gdy prócz plastikowych kombinezonów, pod którymi dosłownie się gotowaliśmy, nie mieliśmy żadnej ochrony, nie byliśmy przecież zaszczepieni. Początki z epidemią to był ogromnie trudny czas. W czasie pierwszej i drugiej fali personel też chorował, ludzie się bali, brakowało rąk do pracy, a trzeba pamiętać, że w naszym szpitalu ani na moment nie zamknęliśmy dostępu do pozostałych oddziałów, zabiegów, diagnostyki czy operacji. Tą samą załogą obsługiwaliśmy oddziały covidowe i wszystkie pozostałe miejsca. Zdarzało się, że jedna czwarta załogi była nieobecna, pozostali musieli ich zastąpić. Często trzeba było i wciąż trzeba zostawać po godzinach, przychodzić do pracy wieczorami, w weekendy i święta.

















