Miasta coraz częściej inwestują w nowoczesne targowiska, zadaszone i prowadzone w formie targowych hal. Na tego typu placach nie ma problemu z wynajmem miejsc targowych i sporą liczbą klientów, którzy przychodzą na zakupy. Na dobrze prowadzonych i zaprojektowanych targowiskach korzystają wszyscy – miasta czerpią dochody z opłaty targowej, dzierżawy i lokalnych podatków, okoliczni wytwórcy żywności i rolnicy znajdują miejsce, w którym sprzedać mogą swoje wyroby, klienci zyskują możliwość zakupu świeżych produktów. Nic więc dziwnego, że gminy – do niedawna niechętnie inwestujące w targowiska – zauważyły, że to świetne miejsce na wspieranie lokalnej przedsiębiorczości.
W Tarnowie mamy dziewięć targowisk, w tym trzy giełdy handlowe. Wszystkie łącznie zajmują 93 tys. metrów kwadratowych powierzchni, ale na sześciu placach targowych można handlować na obszarze przeszło 21 tys. m kw.
Tarnowianie najchętniej odwiedzają Burek, znajdującą się w jego pobliżu halę miejską i teren przy ul. Łaziennej, a także bazar w Chyszowie. Na wszystkich targowiskach handluje łącznie około 1000 osób, choć najwięcej handlowców, bo blisko 300 upodobało sobie plac Chyszów. Na Burku i w hali miejskiej sprzedaje towary kolejnych 300 kupców. Wynajmują pawilony, rezerwują stoły, lady, powierzchnie, bądź oferują towary „z ręki”.
– Już od lat liczba sprzedających na tarnowskich targowiskach utrzymuje się na stałym poziomie, choć frekwencja zależy od pogody lub sezonu na owoce i warzywa. Handel rozkręca się zazwyczaj w kwietniu, ale w tym roku z powodu ciepłej aury wielu kupców pojawiło się na placach znacznie wcześniej. Najmniej sprzedających mamy w poniedziałki, najwięcej w piątki i soboty – informuje Jacek Chrobak, dyrektor Targowisk Miejskich w Tarnowie.
Chcąc pohandlować na miejskim placu trzeba uiścić dzienną opłatę targową. Jej wysokość i sposób pobierania uchwalają miejscy radni, a stawki nie zmieniły się od czterech lat.
Handlujący artykułami spożywczymi na zadaszonych stołach płacą od kwietnia do końca października 4 zł za metr kwadratowy. Sprzedający takie same towary w miejscach niezadaszonych wydają 3 zł za metr. W przypadku handlu artykułami przemysłowymi stawki wynoszą odpowiednio: 8 i 6 złotych. Sprzedaż obnośna „z ręki”, kosza lub wiadra kosztuje 2‑4 złote od osoby. Opłaty od kupców sprzedających poza pawilonami pobierają codziennie czterej inkasenci, zatrudnieni w Targowiskach Miejskich.
Miasto nie prowadzi dużych inwestycji na bazarach, ponieważ wszystko, co trzeba było wykonać, już zostało zrobione. Natomiast utrzymanie placów (m.in. sprzątanie, wywóz śmieci, remonty i administrowanie) kosztuje około 1 mln 600 tys. zł, na podobnym poziomie są również dochody, chociaż trafiające do budżetu miasta kwoty mogą nieco różnić się w poszczególnych latach. Ubiegły rok był gorszy, bo panował nieurodzaj, a tym samym na placach pojawiło się mniej handlujących owocami i warzywami.
Bazary to miejsca, gdzie handel rządzi się swoimi prawami. Zyski sprzedawców zależą nie tylko od oferowanego asortymentu, lecz także pór roku. W miesiącach letnich na najlepszy dochód mogą liczyć sprzedawcy warzyw i owoców.
– Na truskawki, śliwki czy młodą kapustę zawsze będzie popyt, bo klienci cenią jakość towaru – wyższą niż w supermarketach. Nie jest to łatwy kawałek chleba, bo do pracy trzeba wyjeżdżać w nocy, a potem stać w upał, deszcz czy śnieg – przyznaje młoda kobieta handlująca na Burku.
Najgorzej mają podobno sprzedawcy butów.
– Skarpetki schodzą bardzo dobrze, bo nie różnią się zbytnio od sprzedawanych w sklepach, ale gorzej jest z butami. W mojej ofercie połowa towaru to skórzane półbuty, jednak w tym miesiącu sprzedałem tylko trzy pary – narzeka Paweł, sprzedawca na jednym ze stoisk na placu Chyszów. – Dawniej zarabialiśmy z żoną dwa razy więcej niż obecnie, ale wtedy nie było galerii handlowych, w których można znaleźć podobny asortyment za podobną cenę.
Z ubrań oferowanych na targowiskach najchętniej kupowana jest bielizna.
– Handluję na bazarze już od 14 lat – podkreśla właścicielka stoiska z majtkami, stanikami i rajstopami na tarnowskim placu Łaziennym. – Pracę zaczynam tuż po godzinie 7, a kończę około 16. Są miesiące, w których zarobię naprawdę przyzwoicie, ale i takie, gdzie ledwo wystarcza na życie. Na zbyt jednak nie narzekam, bo bazarowe klientki lubią ładne modele po niskich cenach, nie zwracają przesadnej uwagi na jakość, choć i ona nie jest najgorsza.
Miasto nie zarabia na bazarowym handlu
REKLAMA
REKLAMA
























