Dzień sto pięćdziesiąty ósmy: rozpacz w szpitalu
Kolega z problemami kardiologicznymi trafił do jednego ze szpitali w Małopolsce. Karetka pogotowia przywiozła go do SOR o godzinie 10 rano, na właściwy oddział trafił przed północą. Na korytarzu leży 13 pacjentów z chorobami układu krążenia, niektórzy pod tlenem. Do męskiej sali trafiła nawet pewna staruszka, bo już zabrakło miejsca gdziekolwiek indziej, ale ktoś z personelu nagle się opamiętał i zabrał ją z tej sali. Pielęgniarki podłączają pacjentom kroplówki, ale już nie pamiętają o wypięciu igieł, gdy kroplówka się skończy. A może pamiętają, ale nie mają czasu. Kolega na szczęście opanował tę sztukę i jakoś sobie radzi.
Chociaż sytuacja w szpitalach powoli się poprawia wraz z opadającą trzecią falą pandemii, nadal nastawione są one głównie na leczenie covid-19.
To, że system publicznej ochrony zdrowia w Polsce już padł, było wiadomo od dawna, ale niektórzy ciągle jeszcze udawali, że jest inaczej. Dopiero bezlitośnie obnażyła to epidemia. Ale w tej sprawie nie ma dobrych wiadomości, jest jedna zła: będzie gorzej. Szybko wzrasta liczba pacjentów z powikłaniami po przebytym covidzie, już ruszyli oni do przychodni i szpitali, ale nadal nie ma komu i nie ma gdzie ich leczyć.
























