„Dwudziestoletnia Ilona, seksowna rudowłosa studentka zaprasza na prywatne spotkania sponsorowane.” „Atrakcyjna, 30‑letnia Magda, szczupła brunetka z temperamentem namawia kulturalnych panów na niezapomniany relaks.” „Do spędzenia miłych chwil kusi dojrzała 54‑latka” – tego typu anonse w mediach i Internecie nikogo już dziś nie dziwią. Godzina u „ognistej dziewiętnastolatki” bądź „nienasyconej nimfomanki” kosztuje średnio od 100 do 200 złotych.
Dziś na taki sposób zarobkowania decydują się najczęściej panie, które nie mają pracy, pieniędzy ani perspektyw na zmianę trudnej sytuacji. W ten sposób dorabiają sobie uczennice, studentki i młode kobiety, które chcą mieć pieniądze na swoje potrzeby. Wynajmują mieszkania, by przyjmować klientów na własną rękę, lub pracują w lokalach rozrywkowych, hotelach bądź gabinetach masażu – oficjalnie w charakterze masażystek, kelnerek, tancerek i recepcjonistek, ale w rzeczywistości… Ze znalezieniem takich miejsc nie ma problemu, bowiem stale powstają nowe kluby, które pod szyldem działalności gastronomiczno‑rozrywkowej oferują dziewczyny do łóżka.
Niedawno pewna firma z Tarnowa potrzebowała kobiet do sprzątania, ale zmywać podłogi lub ścierać kurze należało w… bieliźnie erotycznej. Ukrainki, które przez miesiące lub nawet całe lata pracowały jako prostytutki w jednej z tarnowskich agencji, były przyjęte do oficjalnie zarejestrowanej firmy świadczącej usługi noclegowe i porządkowe. Choć w rzeczywistości miały inne obowiązki, każda podpisała normalną umowę na czas określony.
– Firma zatrudniała je zupełnie legalnie. Na zewnątrz nic nie wskazywało, że dzieje się tam coś innego – przyznaje Elżbieta Potoczek‑Bara, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.
W siedzibie agencji znajdowało się nawet specjalne pomieszczenie, w którym dziewczyny mogły się ukryć, gdyby do drzwi firmy zapukali kontrolerzy z państwowej instytucji. Ukrainki nie były pozbawiane wolności i nikt ich nie więził, mogły swobodnie wychodzić lub wyjeżdżać, ale wracać musiały o wyznaczonym czasie. Usługi świadczyły zarówno w Tarnowie, jak i w okolicznych miejscowościach, przyjmowały klientów w swoich mieszkaniach, ale też jeździły do nich do domu. Mężczyźni płacili od 100 do 200 złotych za godzinę „zabawy”, połowę inkasowali sutenerzy.
Rozmaitych zakamuflowanych agencji towarzyskich w Tarnowie i okolicach jest co najmniej kilkanaście. Sama prostytucja wprawdzie nie jest karalna, ale ścigane jest już nakłanianie do niej, czerpanie korzyści oraz ułatwianie nierządu.
– Tego typu przypadki są bardzo trudne do udowodnienia, bowiem pracujące w agencji prostytutki nie chcą rozmawiać ze stróżami prawa. Zależy im na pracy i zarobku, więc twierdzą, że przebywają tam na własne życzenie – tłumaczy Olga Żabińska. – To jednak nie znaczy, że nic nie robimy. Systematycznie kontrolujemy agencje, sprawdzając, czy nie dochodzi tam do przemocy, a cudzoziemki przebywają w naszym kraju legalnie.
Przed kilku laty w podtarnowskich dyskotekach pojawiali się dwaj młodzi mężczyźni, którzy werbowali dziewczyny do klubu z tańcem erotycznym. Namówili sześć, które nigdzie nie pracowały i narzekały na brak pieniędzy. Szybko okazało się, że zamiast legalnej pracy były zmuszane do prostytucji, ochroniarze grozili, że je pobiją lub nawet pozbawią życia. Za czas spędzany z klientami otrzymywały połowę inkasowanej stawki. Agencje mieściły się w trzech punktach Tarnowa – w blokach przy ul. Monte Cassino i Brandstaettera oraz w kamienicy przy ul. Żydowskiej. Gdy mężczyźni widzieli, że sąsiedzi okolicznych mieszkań zaczynają interesować się ich działalnością, rezygnowali z najmu i szukali innych lokali.
Dziewczyny musiały rygorystycznie przestrzegać ustalonego regulaminu, nie mogły swobodnie opuszczać pomieszczeń ani przyjmować klientów na własną rękę, o każdym z odwiedzających agencję panu miały informować swoich sutenerów. Naruszenie surowych zasad groziło obcięciem wypłacanych im stawek. Na dodatek liczbę przyjmowanych klientów rejestrowały ukryte kamery. Zdaniem tarnowskiego sądu mężczyźni, którzy zorganizowali cały proceder, działali w zorganizowanej grupie przestępczej i czerpali korzyści z prostytucji.
O tym, że jest to dochodowy biznes, przekonała się Urszula N., czterdziestolatka z Krakowa, która w tarnowskim mieszkaniu udostępniała pokój dziewczynie przyjmującej klientów. Przedsiębiorcza krakowianka pobierała część jej wynagrodzenia – od 500 do 800 złotych tygodniowo. W ten sposób dorabiała przez pięć miesięcy, ale w efekcie została oskarżona o ułatwianie prostytucji i czerpanie z niej korzyści.
Na znacznie wyższe dochody mogła liczyć inna czterdziestolatka, która wynajmowała mieszkanie pięciu kobietom. Przez dwa i pół roku na jej konto wpłynęło ponad 200 tys. zł. Biznes skończył się, gdy sprawą zainteresowała się miejscowa prokuratura.
Seks i pieniądze
REKLAMA
REKLAMA























