– To nie jest tak, że ja mam jakieś pretensje do świata, ale chciałabym chociaż przez kilka miesięcy żyć bez troski o pieniądze, iść do sklepu i kupić coś dobrego do jedzenia albo nowe ubranie. Po wielu latach ciężkiej pracy mam zaledwie tyle, żeby z głodu nie umrzeć, chociaż nie raz zdarzało się, że kilka dni przed otrzymaniem emerytury głodowałam – mówi pani Barbara.
Listonosz przynosi jej pieniądze 25 dnia każdego miesiąca. – Na drugi dzień jadę do miasta i płacę rachunki. Jako pierwszą ratę kredytu, prąd i kupuję leki, co kwartał muszę opłacić ubezpieczenie domu. Jak to wszystko popłacę, zostaje mi około 300 złotych. Jeśli nie mam niespodziewanych wydatków, całą kwotę mogę wydać na jedzenie – to istne bogactwo. W ubiegłym miesiącu musiałam iść do weterynarza z psem, bo ugryzła go pszczoła i zaczął puchnąć jak balon – kosztowało mnie to 120 złotych, więc na żywność zostało mi po sześć złotych na dzień – opowiada kobieta. Mimo biedy 71-latka po otrzymaniu emerytury pozwala sobie na małe szaleństwo i kupuje paczkę ciastek i tabliczkę czekolady. – A co tam, raz się żyje – żartuje. – Delektuję się tymi łakociami przez kilka dni, jak jem czekoladę, czuję się bogata.
Pani Basia pracowała w fabryce kabla w Krakowie prawie 20 lat. Wstawała o czwartej rano, kilka kilometrów szła na przystanek kolejowy. – Czasami w zimie bywało, że pociąg spóźniał się nawet dwie godziny, staliśmy na mrozie i czekaliśmy. Po przyjeździe na miejsce wcale lepiej nie było, pracowałam w hali, gdzie padający na głowę deszcz czy śnieg był czymś normalnym. Od nawijania nici na kable grabiały palce, kilka razy miałam odmrożone ręce. I tak miałam wielkie szczęście, bo ze względu na niepełnosprawność nie musiałam pracować na zmiany – wspomina. Przez wszystkie lata dostawała dodatek za szkodliwą pracę, była też pewna, że otrzyma go, jak przejdzie na emeryturę. Tak się jednak nie stało, bo dodatek został jej zabrany. Mówi, że gdyby wtedy miała ten rozum co teraz, to poszłaby z tym do sądu i starała się o odzyskanie kilkusetzłotowego dodatku.
W młodych latach też życie jej nie rozpieszczało. – Miałam zaledwie 17 lat, jak poszłam do pierwszej pracy w nadleśnictwie. Razem z innymi pracownikami nosiłam drewno, układałam je w stosy, robota była bardzo ciężka. Fakt, że za bezcen mogłam kupić drewno na opał do domu, ale z tego cieszyli się bardziej moi rodzice, miałam zaledwie kilkanaście lat i takimi sprawami nie interesowałam się za bardzo.
Jest niepełnosprawna, urodziła się z jedną nogą krótszą o kilka centymetrów. – Wtedy nikt się nie martwił takimi problemami, rodzice stwierdzili, że tak już muszę żyć, nie było żadnego leczenia, operacji ani butów ortopedycznych. Pierwszy raz poszłam do lekarza, jak miałam ponad 40 lat, okazało się, że mam już silnie skrzywiony kręgosłup, zniszczone stawy biodrowe i kolanowe – opowiada. – Bóle kręgosłupa miałam takie silne, że płakałam. Kiedy nie mogłam już chodzić, zdecydowałam się na operację. Potem leżałam kilka tygodni, mieszkałam wtedy już sama, nie miał mi kto pomóc. Później były jeszcze operacje związane z udrożnieniem nadgarstków, wycięcie woreczka żółciowego. Na przyszły rok ma zaplanowaną operację wstawienia endoprotezy biodra. – Czekam na to już cztery lata, biodro jest już w tragicznym stanie, coraz gorzej chodzę. Lekarze mówią, że nic nie da się zrobić i trzeba czekać w kolejce. Doradzili mi, abym kupiła sobie laskę.
Na obiady pani Barbara je najczęściej zupy – pomidorowa i ogórkowa na jej stole goszczą często, bo ma swoje przetwory. Czasem kupuje jakąś w torebce, do tego najtańszy makaron. Na śniadania i kolacje chleb z przeceny, kupiony następnego dnia za połowę ceny, smaruje margaryną, do tego biały ser, taniutki pasztet, pomidor, czasem dżem. Woreczek herbaty parzy na kilka razy, mięso i wędlinę kupuje, jak mówi, od wielkiego dzwonu, a i to w bardzo małych ilościach. A jeszcze musi kupić jedzenie dla swojego czworonoga, ten musi się zadowolić kaszą ugotowaną na najtańszych kościach, czasem dostaje kromkę z pasztetem. – Nie czuję się dobrze, gdy widzę, jakie zakupy robią bardziej zamożni ludzie. Też chciałabym kupić sobie kawałek dobrego mięsa czy drogiego sera. Jestem już starą kobietą, a jeszcze tylu produktów w ogóle nie spróbowałam.
Mimo biedy i chorób szuka zajęć i ludzi, którzy pozwalają choć na chwilę oderwać się od smutnej rzeczywistości. Pasjami czyta, mówi o sobie, że czytelniczką jest bardzo niewybredną, bo od deski do deski przeczyta wszystko, co wpadnie jej w ręce. Ma też ukochanego psa i wspaniałą przyjaciółkę. W czasie spotkań piją cieniutką kawę, a jak zgłodnieją, robią sobie makaron z dżemem.
Szkoła przetrwania dla emerytów
REKLAMA
REKLAMA
























