W każdej z nich również chodzi o zbrodnie, często dokonane ze szczególnym okrucieństwem. Sprawy te nie znalazły swego końca z różnych powodów. Jak można się domyślać, czasem mogło to wynikać z zaniedbań w śledztwie, braku determinacji ze strony śledczych, a czasem – mimo iż nie ma zbrodni doskonałych – z faktu, że miało się do czynienia ze sprawą całkiem nietypową.
Wydaje się, że najwięcej tajemniczych, nieodgadnionych zabójstw w Tarnowie i regionie odnotowano w latach 90. ubiegłego stulecia. W tym czasie najwięcej emocji wzbudzała sprawa starszego małżeństwa M., które zajmowało skromny dom w Ładnej przy ówczesnej drodze krajowej nr 4. Któregoś popołudnia w ich mieszkaniu odkryto zmasakrowane ciała obojga małżonków. Zabójca posłużył się między innymi siekierą albo podobnym ostrym narzędziem. Sprowadzony przez policję pies tropiący zgubił ślad w nieodległym polu z kukurydzą. Zapewne tamtędy biegła drogi ucieczki sprawcy okrutnego mordu.
– W tej zagadkowej sprawie przyjęto kilka hipotez, które w śledztwie jednak się nie potwierdziły. Jeden z tropów prowadził w rejon Dąbrowy Tarnowskiej, ale również nie doprowadził do sprawcy – mówi emerytowany oficer policji z ówczesnej Komendy Wojewódzkiej Policji w Tarnowie.
„Szopen” został zastrzelony
Przypuszczalnie nigdy już nie dowiemy się też, kto zabił znanego w Tarnowie cinkciarza, który – ze względu na rodzaj fryzury – nosił ksywę „Szopen”. Codziennie można było go ujrzeć w samym środku miasta. Handlował walutą. Został zastrzelony na skraju drogi, która wiedzie od dawnej „czwórki” w kierunku Czarnej. Stało się to, gdy zmieniał przebite koło w swoim starym mercedesie. Być może wcześniej ogumienie uszkodzili sprawcy zabójstwa, którzy potem pojechali za powracającym do domu „Szopenem”. Policja podejrzewała, że za sprawą może stać grupa przestępcza z Ukrainy, lecz nigdy tego nie dowiedziono.
Nadal nie wiemy, kto dopuścił się – również w latach 90. – dwóch zbrodni w Łapczycy pod Bochnią i w Pilźnie, które wtedy leżało w granicach woj. tarnowskiego. Chodzi o bardzo głośną sprawę „Inkasenta”, człowieka z pistoletem typu Walther PPK, który pod pozorem sprawdzenia licznika na prąd wchodził do mieszkań, zabijał domowników i dokonywał kradzieży. W sumie jego ofiarą padło pięć osób, w tym młoda kobieta z dzieckiem w Łapczycy oraz małżeństwo emerytów w Pilźnie w 1994 roku.
Wprawdzie po pewnym czasie policji udało się schwytać podejrzanego mężczyznę w średnim wieku, byłego funkcjonariusza milicji, który ostatecznie stanął przed krakowskim sądem, ale został on uniewinniony. Oskarżony nie przyznawał się do winy, proces miał charakter poszlakowy, a obrońcą oskarżonego był znany w kraju adwokat, mec. Jan Widacki. Po tej sprawie tajemniczy, ciągle nieuchwytny „Inkasent” nie zaatakował już nigdy więcej…
Mordercy zostaną bezkarni
– Wtedy nawet w samej policji twierdziło się, że w toku śledztwa popełniono błędy dotyczące zabezpieczenia części materiału dowodowego, co bezlitośnie zostało potem wykorzystane w sądzie przez oskarżonego i jego obronę – twierdzi były policjant.
Na okoliczność tego śledztwa przeprowadzono m.in. 23 eksperymenty związane z tzw. próbami osmologicznymi – w Krakowie, Warszawie i Tarnowie. W Tarnowie w 10 eksperymentach uczestniczyły trzy psy rozpoznające zapachy – przeprowadzono tu łącznie 190 prób.
Jeśli nawet jakimś cudem udałoby się teraz ustalić, kto zamordował w Dąbrowie Tarnowskiej Stefanię Sharetzsky jesienią 1985 roku, sprawcy nie ponieśliby żadnych konsekwencji, ponieważ ze względu na przedawnienie w 2015 ustała karalność tego przestępstwa. Ale swego czasu była to najbardziej znana sprawa kryminalna w regionie. W swoim dużym domu zamordowana została starsza pani, która mieszkała trochę w USA, a trochę w Polsce. Powszechnie wiedziano, że jest zamożna. Jej zwłoki zawinięte w dywan odnalezione zostały w bagażniku należącej do niej łady. Samochód stał w garażu. Prowadzone śledztwo utknęło w martwym punkcie. Znany był tylko motyw zbrodni: rabunek.
– Pamiętam, że chwytano się różnych hipotez, by wyjaśnić sprawę, ale zawsze bez skutku. Mogę jedynie stwierdzić, że w tym przypadku zadano sobie dość dużo trudu. Po upadku PRL akta sprawy powędrowały nawet do IPN‑u, gdyż powstało przypuszczenie, że zamordowana kobieta, którą podejrzewano o sprzyjanie ówczesnej opozycji, mogła być ofiarą Służby Bezpieczeństwa. Śledztwo w IPN nie potwierdziło i tej tezy – mówi jeden z prokuratorów.
„Seryjni” nabijają statystykę?
Rok temu umorzone zostało śledztwo w sprawie zabójstwa 41‑letniego pracownika kantoru w Bochni, który wracał do domu z pieniędzmi. Był październikowy wieczór 2014 roku, gdy po wyjściu z samochodu został zaatakowany przez mężczyznę z pistoletem. I chociaż pracownik bez oporu oddał gotówkę, bandyta dwa razy do niego strzelił. Niewielkich obrażeń doznała również towarzysząca ofierze napadu kobieta. Mężczyzna zmarł wkrótce po przewiezieniu do szpitala. Po uzbrojonym bandycie ślad się urwał. Nie natrafiono na niego do dzisiaj.
Jak wynika z informacji Komendy Głównej Policji, w całym kraju co roku notuje się 1000‑1200 zabójstw. Od 10 do 13 proc. sprawców pozostaje niewykrytych. Wpływ na to ma zwykle splot różnych czynników, nierzadko są to błędy popełniane przez śledczych, czasem sprawa jest tak zawikłana, że musi dojrzeć, by ją rozpoznać. Bywa też, że niektórym zbrodniom towarzyszą bardzo skąpe informacje, które trudno razem powiązać i wysnuć prawidłowe wnioski. Kacper Gradoń, były policjant, współautor książki „Seryjni mordercy”, wysuwa dość śmiałą tezę, że część niewyjaśnionych dotychczas zabójstw w Polsce to sprawka seryjnych przestępców, ciągle bezkarnych, gdyż policja nie powiązała dokonanych przez nich czynów zarejestrowanych w różnych zakątkach kraju. Niektóre z najbardziej skomplikowanych spraw przejmuje specjalny wydział policji Archiwum X, który potrafi dojść od nitki do kłębka nawet po dwudziestu kilku latach od zdarzenia. To właśnie funkcjonariusze z Archiwum X ciągle badają sprawę zabójstwa Iwony Cygan.
Znicze na skraju lasu
Zdarza się też, że niektóre zabójstwa wychodzą na jaw zupełnie przypadkowo. Wczesną jesienią 2005 roku, nad ranem, wybuchł pożar w 4‑piętrowym bloku na Osiedlu XXV‑lecia. Mimo akcji ratunkowej w płomieniach zginęli ojciec oraz dorosły syn, a jedna osoba w stanie ciężkim trafiła do szpitala, gdzie tego samego dnia zmarła. Biegły z zakresu pożarnictwa uznał, że powodem pożaru było zaprószenie ognia wewnątrz mieszkania. Prokuratura umorzyła dochodzenie. Ale po trzech latach dociekliwi policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej w Tarnowie dotarli do informacji, z których wynikało, że przyczyną pożaru mogło być zbrodnicze podpalenie. Zatrzymano trzy osoby mające związek z podpaleniem, które później zostały skazane przez sąd. Dramatyczna pomyłka biegłego mogła zadecydować o tym, że do dzisiaj nie byłoby ani zbrodni, ani sprawców, ani kary.
Starzy policjanci z Tarnowa opowiadają też słynną historię – to prawie jak kryminalna legenda. Mężczyzna zamordował znajomą kobietę, do czego w chwili słabości przyznał się swojej starej matce. Powiedział też, że zwłoki zakopał na skraju lasu. Matka dochowywała tajemnicy, ale pełna wyrzutów sumienia regularnie paliła znicze w tamtym miejscu. Niektórych to mocno zastanowiło, ktoś doniósł komu trzeba i sprawa się wydała. Zwłoki zaginionej kobiety odkopano, a syn morderca trafił na długie lata do więzienia.
























