Moja praca zawodowa od początku po skończeniu studiów związana jest z rynkami finansowymi i próbą opisu otaczającej nas rzeczywistości gospodarczej. Moja praca jest moim hobby. Ale mam też kilka innych zainteresowań, z których na pierwszy ogień wysuwa się motoryzacja. Studiowałem zresztą obok ekonomii także elektronikę, głównie pod kątem motoryzacji. Zmierzam do tego, że coś na temat samochodów i trendów wiem. I dlatego do rządowych zapowiedzi sprzed dwóch lat podchodziłem z dystansem. Delikatnie mówiąc. Postawiłem nawet tezę, że jedyne, co możemy w parę lat zrobić, to zabudować melexa karoserią z pleksi. Oczywiście przesadzałem, ale wcale nie bardziej niż twórcy pomysłu polskiego samochodu zbudowanego w ciągu chwili i w dodatku sprzedającego się jak ciepłe bułeczki.
Ministerstwo rozwoju dość szybko stanęło twardo na nogach, w jakimś obszarze przynajmniej. Okazało się bowiem, że tzw. „polski samochód elektryczny” to samochód, który przynajmniej w 65% składa się z części produkowanych w Polsce. I to niekoniecznie przez polskie firmy. Po tej informacji napisałem, że to już ma jakieś szanse powodzenia. Płyta podłogowa Fiata, Renault albo jeszcze innej firmy, silnik np z Niemiec, baterie LG (fabryka się w Polsce już buduje) itd., itp. Tak, to się da zrobić, ale nie będzie to ani szczytowe osiągniecie pod względem zasięgu, ani prowadzenia, ani trwałości, ani zapewne jakości. Jak ktoś nie wierzy, niech popatrzy na drogę, którą pokonała Japonia lub Korea Południowa albo którą pokonują obecnie Chiny. Żeby robić w miarę sensowny samochód o własnych siłach, nawet korzystając z możliwych do kupienia podzespołów, trzeba kilkudziesięciu lat. I tyle. Kropka.
Oczywiście wciąż jest jeszcze problem ceny. Nawet jeśli ten składak powstanie, to musi jeszcze kosztować na tyle mało, żeby ktoś go kupił. I tu z kolei pojawiła się w 2016 roku wypowiedź ministra od energii, Tchórzewskiego, który zasugerował, że zawsze można zabronić wjazdu samochodom spalinowym do miast. Potraktowano to trochę jak dowcip, tymczasem akurat w tej materii zadziało się najwięcej. Oto bowiem taka ustawa właśnie powstała. Co prawda, daje ona możliwość podjęcia decyzji samorządom, ale można je do takich działań „zachęcić”, a ustawę zawsze można „doprecyzować”.
A po co w ogóle takie akty prawne? Realnie patrząc, najtańsze samochody elektryczne to wydatek rzędu 100 tysięcy złotych. Ale mówimy tu o małych samochodach miejskich. Taki nissan leaf, czyli wielkościowo vw golf albo toyota auris, to już ponad 130 tysięcy w najlepszym razie, czyli dwa razy więcej niż takiej wielkości konkurencja z silnikiem spalinowym. Rząd, póki co, zdecydował się jedynie na zwolnienie tego typu aut z akcyzy, co niewiele zmienia. Dylematem zatem jest: czy kupić na przykład hybrydową toyotę yaris za mniej więcej 65 tysięcy, zużywającą realnie 3 do 5 litrów benzyny, czy dodać 40 tysięcy i kupić auto elektryczne, które sprawdzi się tylko w mieście. Bo z Tarnowa do Szczecina nim w ciągu doby nie dojedziemy. Po prostu.
Oczywiście ustawa ma być orężem w walce ze smogiem. W przestrzeni medialnej to jest chyba najważniejszy powód jej wprowadzenia. Tyle tylko, że to nie samochody są główną przyczyną smogu. To już wiemy na pewno. Ale dobrze, to jest jakiś argument. Problem w tym, że realnie poza abstrakcyjnie drogimi autami elektrycznymi nie zostawia się społeczeństwu wyboru.
A zatem, żeby nas zachęcić czy też lepiej zmusić do elektromobilności, mamy nową ustawę. W każdym razie taką rolę także spełnia. Żeby było śmieszniej, mamy ustawę, ale wciąż nie mamy polskiego samochodu elektrycznego. Nie wyszedł on w zasadzie poza prezentację wizualną, przynajmniej w większości przypadków w zakresie oficjalnych działań dotyczących projektu prowadzonego przez Ministerstwo Rozwoju. Coś tam niby zainteresowani robią, ale o szczegóły trudno. Co ciekawsze, wyleciały ze wspomnianej ustawy samochody hybrydowe, które akurat w mieście faktycznie oszczędzają paliwo i aż się prosi, żeby w okresie przejściowym je w ustawie umieścić, czyli nie zakazywać wjazdu do centrów, do momentu, kiedy ów polski samochód elektryczny nie powstanie.
Na koniec jeszcze parę liczb. W 2017 roku sprzedano na świecie 94,5 mln samochodów, w tym około 700 tysięcy samochodów elektrycznych i plug in, czyli z silnikiem spalinowym, ale z możliwością ładowania baterii z gniazdka. Samochodów elektrycznych sprzedano nieco ponad pół miliona, czyli pół procenta całej sprzedaży. Rozumiecie Państwo zatem sceptycyzm w kwestii miliona samochodów elektrycznych w Polsce do 2025 roku – wszystkich aut sprzedano w zeszłym roku w Polsce mniej niż pół miliona! W dodatku elektryki sprzedają się w zasadzie tylko tam, gdzie są jakieś dopłaty. Same ulgi w parkowaniu nie wystarczają. Do czego zmierzam? Ano do tego, że okres przejściowy będzie długi. Z pewnością dłuższy niż kilka lat. I warto, żeby to sobie rządzący w Polsce w końcu uświadomili.
Elektromobilność czy elektroiluzja?
REKLAMA
REKLAMA




















