W moim pokoleniu powiedzenie „nie pętać się” było popularne i oznaczało mniej więcej nie prosić się idioty, nie poniżać się, nie dać się upokarzać i mieć odwagę powiedzieć wreszcie – odczep się lub coś w tym rodzaju. Nie wiem, na ile to powiedzenie jest zrozumiałe i nośne obecnie, ale pozwolę sobie tymi słowami zwrócić się do dziennikarzy, głównie mediów niereżimowych, ale w jakimś śladowym stopniu niezależnych i wolnych, bo słowa te chyba najlepiej oddają mój stosunek do dygnitarzy reżimu. Reżimowi propagandyści są mi całkowicie obojętni jak wszyscy kolaboranci. Nie mogę spokojnie patrzeć, jak przyzwoici, wykształceni ludzie, z twarzami przylepionymi do kamer, mikrofonów, jakiś drzwi i płotów, błagają wyniosłych pisowskich dygnitarzy wysiadających z luksusowych limuzyn, otoczonych ochroniarzami, chronieni przez różne służby i policję, o łaskawe choćby słowo, o odpowiedź na pytanie, o czym było spotkanie pisowskich władców Polski, czy coś w tym rodzaju, co uzgodnili reżimowi mędrcy. Taki spektakl trwa nie od dzisiaj i jest nieustającym pasmem upokorzeń i tryumfu prostaków, i często gorzej jeszcze nad ludzkim rozumem i godnością. Z jaką miną nie ma czasu odpowiedzieć na pytanie dziennikarskiego natręta bystry Horała, przenikliwy Łukasz Schreiber (nowa gwiazda PiS-u), zatroskany Bielan, znawca świata p. Dworczyk, któremu się wydaje, że jest co najmniej Metternichem, lub Terlecki z miną jakby jechał na rokowania do Rygi po wygranej bitwie warszawskiej. Jaki bezmiar arogancji prezentują ci, którzy na fałszywych obietnicach, populistycznych hasłach, medialnych kłamstwach, różnych hakach i służbach dorwali się do władzy i są przekonani, że to już na zawsze. Nie oni jedni tak myśleli. I przecież wystarczyłoby, aby dziennikarze ogłosili, że nie będą dłużej tolerować tego chamstwa i arogancji, i przestaną się pytać o cokolwiek, że skoro tak przeszkadzają i nie zasługują na zauważenie, to bawcie się reżimowi dygnitarze sami i dzielcie się swoją wielką tajemną wiedzą z narodowymi, patriotycznymi mediami dobrej zmiany. Bojkot jest najlepszą odpowiedzią, jeśli nie ma siły i ochoty na protesty. To tak niewiele, a jednocześnie takie trudne, zupełnie jak nie kłamać, nie służyć kłamstwu i zachować godność. A reżim sam się rozleci?
Szczególnym miejscem prezentacji reżimowego stylu, pychy i kłamstwa jest ogrodzony płotem plac na Nowogrodzkiej, gdzie odbywał się chyba wreszcie skończony (chociaż już zapowiedziano kolejne odsłony), groteskowy maraton pod nazwą „rekonstrukcja rządu”. Spektakl tak nudny, że w pewnym momencie trudno było zauważyć co się tam dzieje, a nikt nie wiedział i nadal nie wie – o co tam w końcu poszło. Nie ulega wątpliwości, że reżim sam sobie zafundował jakąś wewnętrzną dintojrę. Jak zawsze o władzę, wpływy, pieniądze i osobiste animozje. Wzruszające były słowa jednej p. wicepremier, która nie popiera „linii politycznej” p. Gowina. Tę linię kiedyś opisał wielki Konstanty Gałczyński – to hasło „trwoga i żołądek”. Szkoda czasu na przytaczanie różnych mniej lub bardziej błyskotliwych teorii i wyjaśniania bizantyjskich intryg, jak w każdej dyktaturze, gdzie władza pochodzi z walki koterii i zakulisowych rozgrywek. Dokładnie tak było w PRL i nie po to wielu Polaków korzystając z pomocy demokratycznych państw poświęcało się dla wolności i demokracji, by jeszcze raz przeżywać zbliżony do późnego komunizmu styl rządzenia i mechanizmy sprawowania władzy. Będę upierał się, że istotą sporu są ambicje Ziobry i jego wojna z Morawieckim. Reszta to tło. Tło nie bez znaczenia, np. dla wiecznie niesytych górników i pasących się na nich działaczy związku, który jest parodią własnej nazwy, tego rodzaju „porozumienia” są solą tej ziemi. Ciekawe, co będą mieli do powiedzenia nauczycielom, lekarzom, emerytom, pracownikom upadających firm. I kiedy pełni triumfu z kolejnego sukcesu władcy Polski zmierzą się nie z wydumanymi ambicjami przywódców, ale z problemami służby zdrowia, eskalacją pandemii, brakiem szczepionek przeciwko grypie, miejsc w szpitalach i z kryzysem gospodarczym?
Pisowska ideologia: „zwulgaryzowanego mesjanizmu, łączącego pychę z biernością i pretensjami wiecznej ofiary… tworzenia państwowej religii politycznej, traktującej odmienność przekonań, ale właściwie wszelkie odstępstwa od zadekretowanej normy, jako akt winy i zdrady. Antysemityzm, homofobia, mizoginizm, rasizm, bigoteria – to mroczne tło owego narodowego charyzmatu. Dobrze, że przynajmniej część młodego pokolenia (chyba rosnąca, jak zauważyliśmy podczas wyborów prezydenckich) ma to gdzieś. Do nich PiS już nie trafi. Co jak na czas politycznej smuty, przynosi odrobinę optymizmu”. (Jerzy Baczyński, „Kit narodowy”, „Polityka”, 9.09.2020 r.). Wygwizdanie p. Morawieckiego i to nie pierwszy raz świadczy być może o zużywaniu się pisowskiej propagandy?
Myślę, że tego optymizmu jest więcej, w tym samym numerze „Polityki” jest bardzo interesujący wywiad z wybitnym aktorem Krzysztofem Kowalewskim, który mówi między innymi: ”… jak kryzys ekonomiczny w nas walnie to się popłaczemy, bo coś mi podpowiada, że cała kasa już rozdana i lecimy na oparach. A wtedy nie chciałbym być w skórze tych państwa, którzy nas tak urządzili… Każda władza wbrew ludziom musi upaść… Spod jednej gwiazdy jest ta i tamta (komunistyczna – przyp. mój) władza… wiem, bo się na tamtych i na tych napatrzyłem. Morawiecki to byłby idealny dyrektor zjednoczenia”. Trudno się nie zgodzić, i to ma być ten upragniony przywódca, który wyszedł zwycięsko z wielodniowych zmagań z Ziobrą. Żałość i smutek. I jeszcze niezwykle przenikliwe podsumowanie polskiego episkopatu: „Dzisiaj, jak widzę wystąpienie episkopatu, to mam wrażenie, że to jakaś grupa rekonstrukcyjna. Zblatowani z władzą”. I jeszcze jedno. Najwyraźniej cierpliwość Unii się wyczerpała i dalsze krętactwa oraz kłamstwa dobrej zmiany nie będą wysłuchiwane. Nie wydaje mi się, aby ci, którzy myślą, że wyprowadzenie naszego kraju z Unii Europejskiej będzie operacją łatwą, bezbolesną i przyjemną, mieli rację. Nacjonaliści i populiści wyprowadzając nasz kraj z Unii przekreśliliby całą walkę kilku pokoleń o naszą przynależność do Zachodu. Byłaby to katastrofa geopolityczna na niewyobrażalną skalę i narażenie nas na utratę niepodległości. Na coś, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwością. Ale p. Szydło jako premier, a p. Duda jako prezydent dużego europejskiego kraju też przecież kilka lat temu wydawali się niemożliwością. Podobnie jak rasistowskie, antysemickie okrzyki, rasistowskie hasła i nazistowskie symbole, a pełne nienawiści do rozumu i zaprzeczające miłości bliźniego capstrzyki politycznych troglodytów na górze kiedyś jasnej, a dziś nazywanej czasami brunatną. Czy Polska znajdzie w sobie dość sił, aby obronić się przed opuszczeniem Unii? Bardzo nie chciałbym, abyśmy musieli to sprawdzać.



















