Złoty w górę?

0
REKLAMA

Marek ZuberOd czasu kryzysu finansowego 2008 – 2009 kurs złotego w stosunku do euro był w miarę stabilny. Ostatnich kilkanaście miesięcy było jednak nacechowanych większą zmiennością.
Doskonale pamiętam moment, kiedy kurs euro spadł do poziomu poniżej 3,30. Na rynku międzybankowym najniższy odnotowany poziom, czyli 3,28 osiągnęliśmy w lecie 2008 roku. Dolar kosztował wtedy poniżej 1,90.
Złoty był rekordowo mocny z kilku powodów. Najważniejszym była duża różnica między wysokością stóp procentowych w naszym kraju w porównaniu z innymi krajami, szczególnie z USA i strefą Euro. Do Polski napływał kapitał spekulacyjny, który inwestował w różnego rodzaju dług. Głównie w obligacje skarbowe. A to wymagało kupienia złotego. No i popyt na złotego prowadził do wzrostu jego wartości.
Ale nic nie trwa wiecznie. W połowie 2008 roku mieliśmy już niepokojące sygnały ze Stanów Zjednoczonych dotyczące sytuacji rynku kredytów i pożyczek hipotecznych. Nieruchomości zaczęły wyraźnie tanieć. Świat nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, jak dużo różnego rodzaju instrumentów opartych jest na obligacjach finansujących ten rynek. Szczególnie zaś finansujących rynek pożyczek i kredytów hipotecznych podwyższonego ryzyka. Tak czy inaczej, takiej katastrofy, do jakiej doszło kilka miesięcy później, prawie nikt się nie spodziewał. A jeśli nawet ktoś o tym mówił, to nie zarobił na tym milionów USD, co oznacza, że jego przekonania dość mocne nie były. Albo nie miał środków na inwestycje, ale to już inna sprawa.

W efekcie druga połowa roku, szczególnie zaś jego końcówka, to dramatyczne wycofywanie kapitału z różnych rynków. Między innymi z Polski. Taki proces obserwowaliśmy również w pierwszej połowie 2009 roku. Efekt? Potężne osłabienie złotego. Nie minął rok od czasu rekordowo niskich poziomów kursu euro i osiągnęliśmy poziom rekordowo wysoki. 4,95 PLN za euro to do dzisiaj niepobity rekord.
Potem sytuacja się uspokoiła i właściwie przez kolejne 10 lat kurs złotego można było streścić jednym zdaniem: 4,30 plus minus 20 groszy. Kurs, który większość zadowalał. Większość, czyli z jednej strony eksporterów, z drugiej importerów i tych, którzy mają kredyty lub pożyczki w euro. Ale także na przykład najemców biurowców czy powierzchni handlowych, bo i tam punktem odniesienia jest najczęściej wspólna waluta. Oczywiście wiadomo: dla eksportera im wyżej tym lepiej, a dla importera odwrotnie. Ale te 10 lat było chyba nie najgorszym okresem, bo było okresem względnej stabilizacji na poziomie, który był dobrym kompromisem. Nie ma nic gorszego niż zmiany.

REKLAMA (3)

No i niestety po dziesięciu latach do tych zmian doszło w drugim kwartale zeszłego roku. Po raz pierwszy od 2009 roku euro przebiło poziom 4,60. Głównym winowajcą takiego stanu rzeczy był oczywiście COVID-19. A dokładnie jego konsekwencje gospodarcze. Dotknęły one wszystkich, ale jak wiadomo, kryzys oznacza odpływ kapitału głównie z tych krajów, gdzie ryzyko jest relatywnie większe. My wciąż jesteśmy obarczeni większym ryzykiem niż np. Niemcy. To jasne. Oczywiście złotemu nie pomogła też na przykład ostatnia dokonana przez NBP obniżka stóp procentowych. Nikt się jej nie spodziewał, a zaskoczenie to czynnik negatywny.
Po odmrożeniu gospodarki sytuacja zaczęła się poprawiać. Zanotowaliśmy odbicie w gospodarce, kolejne poważne mrożenie wydawało się mało prawdopodobne, złoty zaczął odrabiać straty. Tym bardziej, że druga połowa roku oznaczała świetny eksport, co w połączeniu ze znacznie mniejszą poprawą w imporcie wygenerowało olbrzymią, jak na nasze warunki, nadwyżkę w handlu zagranicznym. Ponad 12 mld euro. A to oznacza presję na wzrost wartości złotego. Polska waluty zyskiwała aż do pamiętnych, największych w historii, realizowanych pod koniec 2020 roku, interwencji Narodowego Banku Polskiego. Drukowanie złotego i kupowanie za niego walut doprowadziło do wyhamowania trendu wzrostowego i osłabienia PLN. Znowu dobiliśmy do poziomu 4,60.

REKLAMA (2)

Początek tego roku nie przyniósł spektakularnych zmian. No może z wyjątkiem ponownego przekroczenia 4,60 po ogłoszeniu kolejnego mrożenia gospodarki. Gdy piszę te słowa złoty znowu zyskuje. I zyskiwałby dalej, moim zdaniem mógłby dojść do poziomu w okolicach 4,40, ale ostatnie słowa prezesa NBP o gotowości do dalszych interwencji będą mocnym straszakiem i pewnie na taki wzrost nie pozwolą.
Byłem i jestem przeciwnikiem interwencji dokonanych pod koniec zeszłego roku. Moim zdaniem skala umocnienia złotego nie byłaby problemem dla zdecydowanej większości eksporterów, a słabszy złoty to także negatywne konsekwencje. Bardziej boję się jednak czegoś innego. Paradoksalnie wiszący nad rynkiem topór w postaci realnych kolejnych interwencji może ten rynek destabilizować. Nie wiemy przecież, kiedy NBP znowu będzie kupował waluty. Nie wiemy, na jakie kolejne pomysły wpadną decydenci. Przecież za chwilę ktoś może dojść do wniosku, że jeszcze lepszym kursem będzie 4,80. Bo niby dlaczego nie? Na problem przewidywalności obcego szefostwa banku centralnego, także na problem komunikacji z rynkiem, zwracałem już przecież uwagę.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze