Sejm przyjął zmiany podatkowe proponowane w ramach Polskiego Ładu. Czy mogą być one kolejnym czynnikiem wzrostu inflacji?
Kiedy kilka miesięcy temu usłyszeliśmy po raz pierwszy o koncepcji wprowadzenia innego sposobu płacenia składki zdrowotnej – już nie w formie odliczania zasadniczej jej części od podatku – wielu ekonomistów i analityków zaczęło zwracać uwagę na kilka konsekwencji negatywnych. Sam używałem sformułowania o „karaniu” tych, którzy zaryzykowali i podjęli wyzwanie związane z prowadzeniem własnej działalności, często relatywnie niewielkiej. Albo „karaniu” tych, którzy mocno inwestują w swój rozwój. Co oczywiście absolutnie nie oznacza, że jeśli ktoś nie zarabia więcej, to tego nie robi. Nie każdy ma takie same możliwości, wiele zależy po prostu od odrobiny szczęścia. Ale mimo tej uwagi dalej podtrzymuję swoją tezę.
W międzyczasie ustawodawca nieco zmodyfikował propozycje wprowadzając np. niższą stawkę dla przedsiębiorców rozliczających się liniowo. Dla nich stawka zdrowotna będzie wynosić 4,9%. Oczywiście i tak oznacza to wzrost opodatkowania. W dodatku to kolejna komplikacja w systemie, który miał być prostszy. Już wiemy z pewnością, że nie będzie. Zmiany podatkowe w Polskim Ładzie nie oznaczają poza tym zwiększenia przejrzystości polskiego sytemu podatkowego. Zwracaliśmy także uwagę na inny aspekt sprawy. Otóż jeśli przedsiębiorcom rosną koszty funkcjonowania, a po wprowadzeniu Polskiego Ładu wielu szczególnie mniejszym przedsiębiorcom wzrosną, to może to oznaczać przerzucenie tych kosztów na ceny produktów i usług. Teoretycznie nie musiałoby się to stać w dwóch przypadkach. Po pierwsze w sytuacji, gdyby doszło do wzrostu wydajności. Ale mamy przecież wiele takich obszarów, gdzie za dużo, delikatnie mówiąc, nie da się osiągnąć. A przynajmniej w krótkim czasie. Weźmy pod uwagę choćby usługi dentystyczne. Ale nawet tam, gdzie by się teoretycznie dało, mamy do czynienia z problemem rządów PiS. To znaczy z inwestycjami prywatnymi, które cały czas „leżą”. Bynajmniej nie chodzi mi tutaj o zapaść pandemiczną. Faktem jest, że w 2021 roku jest nieco lepiej, ale uwzględniając efekt bazy, cudów nie ma. Czy zatem możemy liczyć na to, że się ten cud teraz wydarzy i przedsiębiorcy gromadnie zaczną inwestować? Choćby po to, żeby poradzić sobie z rosnącymi kosztami? W szczególności ci mniejsi przedsiębiorcy? Paradoksalnie może ich do tego zachęcić rosnąca inflacja. Oczywiście pod warunkiem, że mają rezerwy finansowe. Chociaż jeśli już, to inflacja – a dokładnie rosnące koszty działalności wyrażane bardziej przez wskaźnik PPI – zmusi ich do kupowania na zapas.
No i drugi przypadek. Przerzucanie rosnących kosztów na ceny produktów i usług byłoby z pewnością hamowane brakiem konsumpcji. Jeśli są problemy ze sprzedażą, to podwyższanie ceny z pewnością nie pomaga w tym, żeby tę sprzedaż zwiększyć. Tyle tylko, że teraz tak nie jest. Dynamika konsumpcji wciąż jest na bardzo wysokim poziomie. Obiektywnie spora część polskich rodzin ma więcej środków do dyspozycji, w dodatku nadrabiamy zaległości pandemiczne wynikające i ze strachu przed pogorszeniem sytuacji, i przede wszystkim z zamknięcia galerii handlowych, i w ogóle problemami z poruszaniem się. Co ciekawe, dzisiaj widać już wyraźnie, że pandemia nie dokonała rewolucji w naszych przyzwyczajeniach zakupowych. Po otwarciu tradycyjnych kanałów, choćby wspomnianych galerii, wróciliśmy do nich. Dane pokazują wyraźnie, że internet zdominował handel tylko wtedy, kiedy nie było alternatywy. Ale po względnej normalizacji, czyli od kwietnia tego roku, jego udział w handlu ogólem wyraźnie spadł. Jest oczywiście wyższy niż w roku 2019, ale nie ma żadnych zmian fundamentalnych. W szczególności nie można obronić tezy, że pandemia pod tym względem przesunęła nas o lata. Wróciliśmy mniej więcej do trendu obserwowanego wcześniej. Czyli udział rośnie, ale zmiany nie są skokowe. Tak czy inaczej rosnąca konsumpcja, jeśli oczywiście jej wzrost się utrzyma, nie będzie blokowała przerzucania zwiększonych obciążeń podatkowych na ceny produktów i usług. A zatem Polski Ład może być dodatkowym czynnikiem pchającym w górę i tak już wysoką inflację.
W tym sensie moment jego wprowadzenia jest, delikatnie mówiąc, niezbyt szczęśliwy.
No właśnie. Ale w takim razie trzeba postawić jeszcze inne pytanie: ile tak naprawdę polskich rodzin zyska na zmianach podatkowych wynikających z Polskiego Ładu? Bezpośrednio, dzięki mocnemu wzrostowi kwoty wolnej, pomimo innego – zdecydowanie mniej korzystnego – sposobu rozliczania składki zdrowotnej, z pewnością zdecydowana większość. Ale ile zyska uwzględniając inne czynniki, choćby ewentualny wzrost cen wynikający z wprowadzanych zmian? Obawiam się, że wtedy ten odsetek będzie drastycznie niższy. Z jednej strony wielu rodzinom zostanie więcej pieniędzy, z drugiej – z nawiązką oddadzą te nadwyżki w związku z tym, że będzie drożej. Przyznaje to, choć dopiero po odejściu z rządu, także Jarosław Gowin. Jak będzie, przekonamy się w przyszłym roku. Pewnie jeszcze nie w styczniu, ten proces chwilę zajmie. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że niełatwo będzie precyzyjnie jego efekty policzyć.



















