Wieloletnie zaniedbania, budynki nie z tych czasów, uciekające cichcem złotówki

0
Wieloletnie zaniedbania - budynki nie z tych czasów
REKLAMA

Kryzys energetyczny w pełni, a strach przed zimą rośnie. Mało gazu, mało węgla, za to wielkie ceny. Zewsząd nawoływania do oszczędzania, żeby nie zabrakło paliw albo żeby nie płacić rachunków, których wysokość będzie przerażała. Dlatego zastanowiłem się, jaki wpływ na tę sytuację mam ja, zwykły mieszkaniec jednego z bloków w mieście, co mogę osobiście zrobić, żeby walczyć z kryzysem i dać odpór drożyźnie. Okazuje się, że niewiele, niestety.
Mieszkam w wieżowcu na jednym z tarnowskich osiedli. Blok zbudowany pod koniec lat osiemdziesiątych w technologii wielkiej płyty. W technologii, w której budowało się szybko i dużo, nie zważając na ekonomię eksploatacji budynków.

Kiedy nadszedł kryzys energetyczny, ja i moi wszyscy sąsiedzi – od parteru aż po ostatnie piętro – znaleźliśmy się z ręką w nocniku. Blok, w którym mieszkam, jest kompletnie nieprzygotowany na taki kryzys, a to będzie kosztować – nas wszystkich.
Do tej pory wieżowiec, w którym mieszkam, nie został poddany termomodernizacji. Dopiero są takie plany, ale zostaną zrealizowane chyba nie szybciej, jak w następnym roku. Ta wieloletnia zwłoka też będzie niezwykle kosztowna. Jeszcze trzy lata temu koszty ocieplenia budynku były dwa-trzy razy niższe niż obecnie. Kto zapłaci za tę zwłokę? Zarządca? Nie, zapłacą mieszkańcy.

Albo max, albo zero

Ponieważ mój blok jest nieocieplony, chłód przenika przez gołe płyty bez jakichkolwiek problemów, a zapotrzebowanie na energię cieplną rośnie. Sprawdziłem to na stronach tarnowskiego MPEC, na których podaje się zużycie ciepła w poszczególnych budynkach w mieście. W styczniu tego roku w moim wieżowcu wynosiło ono prawie 320 GJ, a w identycznym bloku obok, który przeszedł termomodernizację – 247. Mniejsze zużycie to niższe rachunki za ciepło.
Jako mieszkaniec bloku nie miałem wpływu na opóźnienia w termomodernizacji, ale też mój wpływ na inne czynniki istotne podczas kryzysu energetycznego jest znacznie ograniczony.
Po pierwsze, brakuje warunków do oszczędzania ciepła. Przed kilkunastoma laty na kaloryferach, które znajdują się w naszych mieszkaniach, zarządca zamontował termozawory, których działanie ma się nijak do aktualnej sytuacji. Działają tylko w skrajnych położeniach, na max albo na zero, nie ma możliwości płynnej regulacji dopływu ciepła.

REKLAMA (2)

Nie opłaca się

Mieszkańcy bloku, u których te zawory wciąż funkcjonują, mogliby ewentualnie wykosztować się na inne, ale tylko z przekonaniem, że im się to opłaci. Sęk w tym, że się nie opłaci. Nie zwrócą się koszty zakupu i montażu nowych termozaworów, gdyż nie zaoszczędzą na rachunkach za ciepło. Nie zaoszczędzą, ponieważ nie tylko nie ma indywidualnych liczników zużycia energii cieplnej, ale brakuje nawet tzw. podzielników ciepła. W moim bloku za c.o. płaci się zbiorczo, więc, aby uzyskać oszczędności w skali całego budynku wszyscy jego mieszkańcy powinni zgodzić się na zbiorowy wysiłek: kupić nowe termostaty na grzejniki, kontrolować systematycznie temperaturę w pokojach, stopniować dopływ ciepła, wietrzyć pomieszczenia zgodnie z zaleceniami itp. Tymczasem znamy życie, wiemy, jak jest z tą zbiorową dyscypliną w dużych blokach. Tak jak z prawidłową segregacją odpadów: jedni jej przestrzegają, inni nie. Dyscyplina jest wtedy, gdy ma się świadomość, że się zapłaci tylko za tyle, ile samemu czegoś się zużyje, jak na przykład wodę albo prąd.
Nie zaoszczędzę więc ciepła w trudnych czasach, a w przypadku gazu, który jest horrendalnie drogi, występuje podobny problem.

REKLAMA (3)

Wieloletnie zaniedbania, budynki nie z tych czasów

Dokładają sąsiedzi

Otóż w moim bloku nie ma również liczników indywidualnego zużycia gazu. Funkcjonuje instalacja zbudowana wraz z blokiem, a jej wymiana kosztuje krocie. Takich budynków w Tarnowie jest sporo. Zarządca nie ma na to pieniędzy. Koszty poboru błękitnego paliwa rozkładane są równomiernie wśród zamieszkujących budynek rodzin, w przeliczeniu wyłącznie na liczbę osób. Nie ma znaczenia, czy ktoś codziennie gotuje na gazie, czy jada obiady na mieście. Kiedyś panował w blokach zwyczaj, że niektóre rodziny podgrzewały wodę na kuchence gazowej, choćby do kąpieli, wyliczywszy wcześniej, że to jest dla nich bardziej opłacalne niż korzystanie z ciepłej wody płynącej z kranu. Za to podgrzewanie solidarnie płacili sąsiedzi. Nie wiem, czy ten zwyczaj jeszcze przetrwał, podejrzewam, że w pewnej skali tak, ale to skutek rozwiązań, które od dawna nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Zwłaszcza z tą rzeczywistością, z którą mamy do czynienia od 24 lutego, od chwili wybuchu wojny w Ukrainie.

Jesteśmy w PRL-u

Tak więc kryzys energetyczny, związany głównie z wojną, ciągle narasta, a w wielu budynkach w Tarnowie i innych miastach w kraju wciąż tkwimy w głębokim PRL-u. To wtedy nikt się nie liczył z kosztami ogrzewania, zużycia energii elektrycznej czy gazu. To wtedy w blokach instalacje z ciepłą wodą umieszczano obok tunelu wentylacyjnego i w większości budynków tak pozostało. Dziś relikt tamtej epoki mści się na wielu, jeśli właściciel lub zarządca budynku zagapił się i nie zdążył przystosować obiektu do całkiem odmiennych realiów.
Problem będzie tym dotkliwszy, im wyższe będą rachunki. Ludzie zaczną się buntować, że płacą więcej niż powinni, że płacą za nieswoje, gdyż system rozliczeń pozostał jak w PRL-u. Wieloletnie zaniedbania i zaniechania oraz ciągły niedostatek funduszy, które opóźniły niezbędne modernizacje budynków, zemszczą się teraz na wielu rodzinach w szczególny sposób, gdyż ceny wszystkiego gwałtownie rosną. Zapłacą często zwykli mieszkańcy, którzy nie byli winni tej sytuacji, ale czy będą mieli inne wyjście?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze