Rok 2022 w powszechnym odbiorze był przede wszystkim rokiem eskalacji wojny na wschodzie. Ale także z gospodarczego punktu widzenia był rokiem niezbyt udanym. A co będzie w roku 2023?
Myślę, że zdecydowana większość z nas na pytanie o najważniejsze wydarzenie, jakie miało miejsce w roku 2022, odpowie: wojna. Kompletnie nie spodziewaliśmy się tego, a skala dramatu, który widzimy jest przerażająca. Oczywiście można powiedzieć, że formalnie ta wojna zaczęła się w roku 2014, ale jednak jej eskalacji, która zaczęła się w końcu lutego, nie można porównać z tym, co działo się wcześniej.
Rok 2022 był także rokiem poważnych zmian w polskiej gospodarce. Częściowo wywołanych – a właściwie wzmocnionych – wydarzeniami na wschodzie, ale jednak mających początek gdzie indziej. Gdybym miał wskazać najważniejsze trzy procesy w tym obszarze, byłyby to: inflacja, spadek realnych wynagrodzeń i, to coś, czym bezpośrednio przeciętny Kowalski się nie ekscytuje, mocny wzrost rentowności polskich obligacji, który dokonał się w trzecim i czwartym kwartale. Mieliśmy oczywiście do czynienia ze spowolnieniem gospodarki, ale bezpośrednio wpływ tego procesu mocno się w polskich rodzinach nie ujawnił. A jak będzie wyglądał rok 2023? Myślę, że właśnie wymienione przeze mnie przed chwilą procesy będą kluczowe.
Inflacja, niestety, wciąż będzie największym problemem. Nazwijmy ją „drożyzną”, bo chyba w percepcji społecznej to pojęcie lepiej oddaje sytuację. Pierwsze miesiące 2023 roku pokażą spory relatywny wzrost inflacji, bo rząd w znacznej mierze wycofał się z tarczy antyinflacyjnej. Wycofał się głównie z powodu ograniczeń budżetowych, o czym za chwilę. Powrót do wyjściowych stawek podatków dołoży przynajmniej dwa punkty procentowe do wskaźnika CPI (potocznie właśnie inflacja). Dobra wiadomość jest taka, że potem – przynajmniej moim zdaniem – powinno już być lepiej. Także w związku z tak zwanym efektem bazy, czyli będą nam „wypadać” miesiące 2022 roku o wysokiej inflacji. Wciąż jest możliwe zejście do jednocyfrowego poziomu na koniec roku. Tylko trzeba to dobrze rozumieć. Nawet, jeśli CPI zejdzie na przykład do 9%, to w dalszym ciągu będzie oznaczało olbrzymi wzrost cen.
Przy okazji. Ceny na stacjach paliw po nowym roku dobitnie udowadniają jedno, o czym zresztą wielokrotnie pisałem: Orlen zarabiał na nas krocie. Skoro wzrost Vat z 8% na 23% nie wywołał wzrostu cen o mniej więcej 15% (a nie wywołał), to sprawa jest jasna. Marża w ostatnim czasie była tak wysoka, że wchłonęła powrót Vat-u do stawki wyjściowej. I mówienie o dywersyfikacji dostaw itd. itp., dzięki której było to możliwe, jest po prostu zamydlaniem rzeczywistości.
Spadek realnych wynagrodzeń także wciąż będzie obserwowany. Tak przynajmniej sądzę. Czyli wzrost wynagrodzeń będzie mniejszy od inflacji. Pisałem o tym kilka razy, więc przypomnę tylko, że z taką sytuacją mamy do czynienia od maja. Z krótką przerwą w lipcu, ale tak naprawdę tylko w kilku branżach. I pewnie do połowy roku nic się nie zmieni. Będzie to zatem najdłuższy taki okres od początku zmian ustrojowych. Mówiąc wprost: mamy realnie mniej pieniędzy do dyspozycji. Na mniej nas stać. Czyli ubożejemy, jeśli chodzi o możliwości zakupowe. W tym roku z jednej strony dwa razy wzrośnie płaca minimalna, co wymusi wzrost większości wynagrodzeń, ale z drugiej strony pierwsze półrocze będzie okresem dalszego hamowania gospodarki, co będzie oznaczało ograniczenia w żądaniu podwyżek. Bezrobocie, jak już także pisałem, mocno jak sądzę nie wzrośnie, ale jednak w wielu branżach o pracę będzie trudniej. A inflacja odpuści mocniej dopiero w drugim półroczu. Tak czy inaczej dla rządzących to będzie trudny czas, bo zapewne przed wyborami będą udowadniać, że za ich rządów Polakom się poprawiło, ale akurat w tym konkretnym momencie będzie się pogarszać. A pamięć ludzka jest, jaka jest…
No i wreszcie kwestia kłopotów budżetowych. I to będzie wyzwanie na rok 2023 bez względu na to, co słyszymy oficjalnie. Bo oficjalnie wszystko jest super. Wiem na pewno, że pod koniec października, kiedy rentowność obligacji skarbowych – czyli z punktu widzenia państwa koszt pożyczania nowych pieniędzy – przekroczyła 9%, a Bank Gospodarstwa Krajowego nie sprzedał swoich obligacji, zrobiło się w rządzie nerwowo. I to dlatego Mateusz Morawiecki zaczął mówić o oszczędzaniu i w dużej mierze wycofano się z tarczy antyinflacyjnej. Jeśli dostaniemy środki z Krajowego Planu Odbudowy i faktycznie zacznie się oszczędzanie, to scenariusz z pewnością będzie bardziej optymistyczny. Ale i tak potrzeby są ogromne. Ministerstwo Finansów przyznaje się do kwoty ponad 350 mld PLN, z tym, że część z tego – a dokładnie w dużej mierze ta związana z zakupami uzbrojenia – ma być finansowana kredytem udzielonym przez kraje, w których to uzbrojenie kupujemy. Ale i tak będzie trzeba wyemitować obligacje na ponad 300 mld PLN, a koszt tego będzie taki, jakiego nie widzieliśmy od dwudziestu lat. 300 mld PLN to założenia Ministerstwa Finansów, ale może być więcej. I, przypominam, to w sytuacji, kiedy środki z KPO dostaniemy. A czy dostaniemy? No i w tle mamy przecież kampanię wyborczą, która oszczędzaniu nie służy.
I na koniec spowolnienie gospodarki. Czy będzie recesja? Nie można tego wykluczyć, na pewno pierwsze półrocze będzie bardzo słabe. Ale nawet jeśli będzie, to nie doprowadzi do załamania na rynku pracy. Jej skutki sprowadzą się zatem w percepcji społecznej głównie do ograniczeń w podwyżkach płac.
Jaki zatem będzie ten rok? Pierwsza połowa będzie trudniejsza, potem powinno być lepiej. Czyli dokładnie odwrotnie, niż w roku 2022.



















