Marek Zuber: Mamy wreszcie deflację miesięczną

0
Marek Zuber
REKLAMA

Według wstępnych danych inflacja w ujęciu rocznym spadła w lipcu do 10,8% z 11,5% miesiąc wcześniej. W stosunku do czerwca koszyk dóbr i usług konsumpcyjnych potaniał o 0,2%. Wreszcie…
Deflacja to spadek cen. Czyli odwrotność inflacji. Od trzech miesięcy czekam na informacje o tym, że z takim zjawiskiem mamy w Polsce do czynienia. Nie, nie w ujęciu rocznym, o tym oczywiście nie ma mowy, ale w ujęciu miesięcznym. Czyli bierzemy cenę koszyka dóbr i usług konsumpcyjnych i porównujemy ją z ceną tego koszyka miesiąc wcześniej. Przypomnę, że w Polsce w tym koszyku jest 1500 dóbr i usług, z których najczęściej korzysta gospodarstwo domowe. Miałem nadzieję, że miesięczną deflację zobaczymy już w maju. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na to, co się dzieje na świecie i na kurs złotego. Pisałem już wielokrotnie o spadających bardzo mocno cenach żywności i surowców. Ale niestety bardzo wolno te zjawiska przenosiły się do Polski. Z różnych powodów.

Poświęciłem im już felieton, więc wspomnę choćby tylko o tzw. efekcie wyśredniania. Sam znam hurtownie, które obkupiły się drogim olejem rzepakowym, nie udało się go sprzedać w całości, a potem nie chciały obniżyć jego ceny do takiego poziomu, jaki wynikał z obecnej ceny europejskiej. Kupowały oczywiście olej już po niższych cenach, ale same sprzedawały drożej, nie chcąc stracić, albo minimalizując straty wynikające z wcześniejszych zakupów po wyższych cenach. Podobnie było z wieloma innymi artykułami. Także z surowcami służącymi do produkcji różnych rzeczy. A trzeba jeszcze pamiętać o tym, że umacniający się złoty dodatkowo powinien „zachęcać” do obniżania cen dóbr importowanych. Te szybsze spadki mógłby wymusić rynek. Czyli my, konsumenci. I oczywiście trochę wymuszamy, bo kupujemy mniej. Mniej, ale jednak w dalszym ciągu dużo, tym bardziej, że przecież konsumpcję w Polsce w ostatnich kilkunastu miesiącach zwiększa spora grupa – pewnie obecnie ponad dwa miliony Ukraińców. Trudniej zobaczyć w takiej sytuacji mocniejsze obniżanie cen.

Tak czy inaczej, wreszcie tę deflację mamy. Czyli cena koszyka naprawdę spadła. Nie zmniejszył się wzrost, tylko doszło do spadku. Oczywiście spadku z bardzo wysokiego poziomu. I spadku, jeszcze raz to podkreślę, miesięcznego. W ujęciu rocznym wciąż mamy potężny wzrost, bo o 10,8%. To oczywiście dużo lepiej niż w lutym, gdzie wskaźnik wyniósł 18,4%, ale wciąż dramatycznie więcej, niż chcemy mieć, czyli 2,5%. Patrząc na grupy towarów – na razie we wstępnym odczycie mamy informację o trzech grupach – warto odnotować spadek cen paliw o 15,5% w ujęciu rocznym. No, ale trudno się dziwić, choćby patrząc na kurs złotego, rok temu za dolara trzeba było zapłacić ponad 50 groszy więcej, a w USD płacimy za ropę. Paliwo drożeje natomiast w ujęciu miesięcznym głównie za sprawą wzrostu cen ropy. Ale nie sądzę, aby trwało to długo. Żywność potaniała o 1,2% w ujęciu miesięcznym. To wciąż za mało, biorąc pod uwagę sezon i sytuację na świecie, ale cóż, takie są polskie realia. W ujęciu rocznym mamy wzrost o 15,6%. Wciąż bardzo dużo.

REKLAMA (2)

Co dalej? Podtrzymuję to, co piszę od miesięcy. Czyli mam nadzieję na jednocyfrową inflację w trzecim kwartale i 7‒8% na koniec roku. I jeszcze raz podkreślam, że zejście do takich poziomów będzie dużo łatwiejsze, niż potem zbicie inflacji do 2,5%. I dlatego tak bardzo martwią mnie zapowiedzi obniżek stóp procentowych w tym roku. Rynek w nie wierzy, niektóre instrumenty wskazują na to, że główna stopa NBP może w tym roku spaść poniżej 6%. Czyli de facto o punkt procentowy. Bardzo bym chciał odciążyć wszystkich posiadaczy kredytów czy leasingów złotowych, ale ryzykujemy tym, że tylko nieco niższe stopy będziemy mieli na lata, albo że wręcz znowu za rok czy półtora trzeba je będzie podnosić.

REKLAMA (3)

A na koniec krótka dygresja. Cały czas uważam, że RPP spóźniła się z rozpoczęciem cyklu podwyżek stóp. I nie zmienię zdania, bez względu na epitety, jakimi obdarza uważających podobnie jak ja Glapiński, czyli prezes NBP. Wspominam o tym, bo miesiącami słyszeliśmy, że Czechy zaczęły wcześniej podwyższać stopy, a inflację mają taką samą. Bo miały. Ale Glapiński jakoś zapomniał o tym, że efekty zmian stóp przychodzą po kilku kwartałach i że Czechy nie miały tarczy antyinflacyjnej. Teraz w Polsce jest ona już w skromniejszej wersji, głównie dotyczy zerowego VAT-u na żywność, a pierwsze efekty podwyżek stóp się pojawiają i w Polsce i w Czechach. Tam wcześniej, bo Czechy wcześniej zaczęły obniżki. W Czechach inflacja wyniosła w czerwcu 9,7%, czyli jest jednocyfrowa, w Polsce wyniosła wtedy 11,5%, a nawet w lipcu nie zeszliśmy jeszcze poniżej 10%. Dlaczego teraz Glapiński nie podaje już przykładu naszego południowego sąsiada? Oczywiście Czechy to nie Polska. Ale skoro przykład Czech był dla Glapińskiego dobry pół roku temu dla podkreślenia nieomylności RPP, to czemu teraz już nie jest?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze