Próba odpowiedzi na pytanie, jak będą kształtowały się różne wielkości w przyszłości zawsze jest obarczona niepewnością. Ale to, co obserwujemy obecnie, szczególnie w kontekście wzrostu cen, to już jest prawdziwa ruletka.
„Prognozowanie byłoby proste, gdyby nie dotyczyło przyszłości”. Znamy to powiedzenie i najczęściej używamy go z pewnym przymrużeniem oka, szczególnie wtedy, gdy różni „przepowiadacze” z absolutną wiarą w swoją nieomylność budują nam wizje przyszłości. Znam też inny krótki żarcik, który mogę przytoczyć, bo sam byłem kiedyś głównym ekonomistą w kilku instytucjach finansowych. A zatem: kto to jest główny ekonomista? To jest ktoś, kto po fakcie umie ładnie wytłumaczyć, dlaczego się pomylił.
Zazwyczaj jednak jesteśmy w stanie na czymś się oprzeć i większość prognoz nie różni się o rzędy wielkości od tego, co potem faktycznie obserwujemy. Ostatnimi czasy wszystko się skomplikowało, a najlepszym tego przykładem jest inflacja.
Kilka dni temu Główny Urząd Statystyczny opublikował tak zwany szybki szacunek inflacji, czyli wstępne dane o tym, jak zmieniały się ceny w kwietniu. Dane ostateczne zazwyczaj tylko nieznacznie różnią się od tego szybkiego szacunku. Zobaczyliśmy kolejny mocny wzrost inflacji. Przebiła ona 12 proc. w skali roku i osiągnęła poziom ostatnio obserwowany ćwierć wieku temu. Dodam, że był to czas, w którym zbyt szybki wzrost cen był strukturalnym problemem Polski, a walka z nim jednym z najważniejszych wyzwań dla stabilności makroekonomicznej. No i oczywiście wszyscy dzisiaj zadajemy sobie pytanie: co będzie dalej? I tu zaczynają się „schody”.
Praktycznie pewne jest jedno: będzie jeszcze gorzej. Nie jest to szczyt inflacji, ale odpowiedź na pytanie, gdzie jest ten szczyt i kiedy się go można spodziewać, wymaga albo zdolności nadprzyrodzonych, albo bardzo wiarygodnej szklanej kuli. Mój bazowy, czyli podstawowy scenariusz jest taki, że szczyt osiągniemy w ciągu najbliższych kilku miesięcy, ale „kilku” znaczy maksymalnie trzy, cztery i wówczas co najwyżej nieznacznie przekroczymy 14 proc.
Ale aby te prognozy się ziściły, musi dojść do względnego uspokojenia sytuacji na świecie, przede wszystkim zaś za naszą wschodnią granicą. Nie może się także rozkręcić w Polsce spirala płacowo – cenowa, której początki już niestety widzimy. Płace rosną w tempie dwucyfrowym. W ostatnich miesiącach widzimy tu przyspieszenie między innymi dlatego, że pracownicy naciskają na wzrost wynagrodzeń, bo jest coraz drożej. Te dodatkowe uzyskane środki w znacznej mierze przeznaczają od razu na zakupy, bo „będzie jeszcze drożej”. A to z kolei powoduje dalszy wzrost cen, bo wyższy popyt się do tego przyczynia. To powoduje kolejny nacisk na wzrost wynagrodzeń. I tak właśnie rozkręca się wspomniana spirala. Jeśli jej nie zatrzymany, to nie ma szans na materializację moich prognoz. Będzie znacznie gorzej.
Obecny problem z prognozowaniem związany jest na przykład z tym, że dużo w tym względzie zależy od decyzji podejmowanych przez rządzących. Kontekst wspomnianej przez mnie spirali płacowo-cenowej i naszego kraju jest tu świetnym przykładem. Czy Państwo słyszeli w zeszłym roku w ogóle o tym, żeby rząd planował obniżenie podatków? A jednak PIT ma spaść z 17 proc. do 12 proc.
Moim zdaniem chodzi tylko o to, żeby przykryć w ten sposób dramat wizerunkowy „Polskiego Ładu”. Tak na marginesie, kuriozalnie wygląda ta nazwa wobec tego, co zobaczyliśmy w pierwszych miesiącach 2022 roku. Niższe podatki to więcej pieniędzy dla Kowalskiego, A to oznacza potencjalnie wyższą konsumpcję, czyli podobny efekt jak przypadku podwyższenia wynagrodzenia. Generalnie byłbym za obniżaniem podatków, ale teraz jest najgorszy czas, żeby to robić. Właśnie za względu na dramatycznie wysoką inflację. Postawiłbym nawet tezę, że to będzie oznaczało relatywnie wyższe stopy procentowe, czyli droższe kredyty. Rada Polityki Pieniężnej gwałtownie podwyższa stopy, żeby walczyć z inflacją, a rząd działa na rzecz jej utrwalania, czyli jednocześnie włącza się pierwszy bieg i wsteczny. Ile jeszcze takich pomysłów rozkręcających inflację w okresie przedwyborczym zobaczymy?
Mówiąc o decyzjach rządzących trzeba wspomnieć przede wszystkim o rosyjskim dyktatorze. Weźmy na przykład kwestię gazu. Z dnia na dzień Putin zakręcił nam kurek. Jesteśmy w sumie w niezłej sytuacji, bo mamy już teraz sporą dywersyfikację. Same zbiorniki rezerwowe, są zapełnione w trzech czwartych, wystarczą na około dwa miesiące, przy braku innych źródeł. A te źródła są. Mamy produkcję własną, mamy gazoport, mamy połączenie z Litwą, a od października, czyli od uruchomienia Baltic Pipe, rurociągu, który umożliwi przesył gazu z Norwegii, sytuacja się jeszcze poprawi. Całkowitą niezależność uzyskamy na początku 2023 roku, kiedy Baltic Pipe uzyska pełną przepustowość.
Zakręcenie kurka Polsce nie doprowadziło do mocnych wzrostów cen gazu, ale jeśli Putin zrobi to całej Europie, szczególnie chodzi tu o Niemcy, to wzrost cen będzie poważny, bo zacznie się paniczne poszukiwanie surowca wszędzie na świecie. Nas ten wzrost też dotknie. I wpłynie na inflację w Polsce. Ale skąd ja mam dzisiaj wiedzieć, czy Putin zdecyduje się na ten ruch? A zatem czy z tego powodu inflacja wzrośnie?
Niech się więc Państwo zatem nie dziwią, że mamy tak duży rozstrzał w prognozach inflacji na najbliższe miesiące. Naprawdę wielu rzeczy po prostu nie jesteśmy w stanie dzisiaj przewidzieć.



















