Broń ostateczna

0
Marek Zuber
REKLAMA

Mario Draghi zrobił to, co już wcześniej zapowiadał. Włączył drukarkę. Cała operacja będzie prowadzona na wzór tego, co przez kilka lat robili Amerykanie. Im się ewidentnie udało. Barack Obama obwieścił koniec kryzysu i trudno się z jego tezą nie zgodzić. Gospodarka USA rozwija się mniej więcej w takim tempie jak polska, z tym że dochód na mieszkańca jest w niej dwa i pół razy większy. Baza jest zatem nieporównywalna. Oto wymiar sukcesu! Dodajmy, tak dla porządku, że bezrobocie spadło grupo poniżej sześciu procent. Faktem jest jednak to, że nie tylko drukowanie dolarów doprowadziło do takiej sytuacji. Olbrzymie znaczenie ma rewolucja łupkowa, o której już na łamach TEMI pisałem. Amerykański przemysł ma rekordowo tanią energię.
Skoro program skupu aktywów, bo i tak go czasem nazywamy, ma szanse zadziałać, to dlaczego jest w Europie wprowadzany dopiero teraz? Z prostej przyczyny: dopiero teraz zbudowano coś na kształt nowego systemu strefy euro. Pakt fiskalny obowiązuje już co prawda od dłuższego czasu, ale dopiero teraz kontrolę nad systemem bankowm w całej strefie przejął Europejski Bank Centralny. Poza tym minęło już trochę czasu, odkąd w większości krajów wprowadza się reformy ograniczające narastanie długu. I faktycznie to narastanie zostało zahamowane. A w wielu przypadkach dług w stosunku do PKB zmalał. Jesteśmy zatem w zupełnie innym miejscu niż wtedy, kiedy kryzys zadłużeniowy w Europie wybuchał. Czy Sylwio Berlusconi podałby się do dymisji, gdyby wiedział, że EBC wykupi część jego obligacji? Z pewnością nie. I z pewnością nie byłoby w związku z tym reform, które Włochom zaaplikował premier Monti.
Mamy zatem drukarkę w ruchu. Jednak czy cała operacja się uda, tego nie wiemy. Jest kilka różnic w stosunku do sytuacji w USA. Dwie są zasadnicze. Po pierwsze, skup obligacji w Stanach obniżył średnio‑ i długoterminowe stopy procentowe. Skoro bank centralny kupował obligacje, to powodował wzrost ich ceny, czyli spadek rentowności. A ta rentowność to nic innego jak właśnie stopy procentowe. One wpływają na koszt pieniądza. Tłumacząc z polskiego na nasze: dzięki temu łatwiej było finansować konsumpcję i rozwój firm, a to oczywiście ma wpływ na wzrost gospodarczy. Problem w tym, że w Europie stopy i tak są już bardzo niskie.
Po drugie, Europa nie może liczyć na rewolucję łupkową. Ale jest jednak także dobra informacja. Niskie ceny nośników energii, szczególnie oczywiście ropy, dobrze wpływają na potencjał wzrostu. No bo skoro zarówno u konsumentów, jak i w przedsiębiorstwach pojawiają się dodatkowe środki zaoszczędzone dzięki temu, że paliwo jest tanie, to pewnie, przynajmniej w części, będą one wydane. A to powinno gospodarce pomóc.
Trzeba jeszcze podkreślić jedną kwestię. Problemem w Europie jest także deflacja, której w USA nie było. Deflacja może dodatkowo zniechęcać do konsumpcji czy inwestycji. Pewnie bardziej nastawione na wydawanie społeczeństwa Starego Kontynentu nie zachowałyby się aż tak, jak zachowywali się latami ultra oszczędni Japończycy, ale jednak niebezpieczeństwo ograniczenia wydatków istnieje. Druk pieniądza powinien i tutaj pomóc. Wiadomo: jak wydrukujemy więcej pieniądza i za tym pieniądzem nie pójdzie pokrycie w postaci nowych towarów i usług, to inflacja powinna wzrosnąć.
Jest zatem szansa, żeby strefa euro zaczęła się szybciej rozwijać. Myślę, że rok 2015 będzie tu przełomowy. Jeśli uda się pokonać 1,5% wzrostu gospodarki, będzie to oznaczało szansę na trwalszy wzrost. Na razie, jeszcze przed rozpoczęciem akcji skupu obligacji, pojawiają się pozytywne sygnały. Choćby z ryku motoryzacyjnego. W grudniu w Europie sprzedano 5% więcej samochodów niż rok wcześniej. A jak wiemy, jest to rynek dość dobrze zwiastujący przyszłe trendy.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze