Po tym, jak ministra (tak się teraz mówi!) klimatu Anna Moskwa zaleciła narodowi, by w czasach oszczędności w kryzysie energetycznym utrzymywać w swoim domu temperaturę 17 stopni, tak jak ona, wybuchła kolejna narodowa dyskusja. Ministrę od razu skrytykowała pewna lekarka, mówiąc, że dla małych dzieci, ludzi chorych albo starszych siedemnaście stopni w pomieszczeniach to zdecydowanie za mało i mogą się oni pochorować.
Niemal natychmiast wypowiedzieli się eksperci. W portalu medycznym medonet.pl czytam, że wg specjalistów optymalna temperatura w salonie powinna wynosić 20-22, w sypialni 16-19, w sypialni dziecięcej 17-22, w kuchni 18-22, a w łazience 22-24 stopnie Celsjusza.
Myślę, że tego typu dociekania nie mają większego sensu. Moim zdaniem temperatura właściwa jest wtedy i tylko wtedy, gdy dobrze się w niej czujemy. Dla jednych będzie to 17 stopni, dla innych 21. Bo ludzie dzielą się na tych, którzy pochodzą z ciepłego lub zimnego chowu, a – mówiąc poważnie – chodzi o bardzo indywidualne cechy organizmu, które decydują o różnym samopoczuciu w różnych warunkach.
To tak jak ze snem i dyskusją o tym, kiedy powinniśmy się kłaść spać, a kiedy wstawać. Tymczasem problem jest bardzo banalny. Sen wtedy jest udany, gdy się wstaje wyspanym. Po prostu. Niezależnie od tego, kiedy, gdzie i z kim. Każdy ma swój dobowy rytm i swoje indywidualne zapotrzebowanie na ilość snu i na jego porę.
Dajmy więc spokój naukowym rozważaniom, w jakiej temperaturze powinniśmy żyć i pracować. Teraz, w czasach kryzysu, musi być ona w rozsądnych granicach, w takich, żeby się nie przegrzewać, ale i nie marznąć. Chłody w salonie pani minister mogą być dobrą wskazówką na oszczędzanie węgla i gazu, ale najpierw warto oszczędzać swoje kochane zdrowie.
# TEMI, Felietony, Wiesław Ziobro





















