Co dalej w USA?

0
Marek Zuber
REKLAMA

Stany Zjednoczone w zasadzie zapomniały już o tym, co działo się pod koniec 2008 i w 2009 roku. Największy kryzys, jaki znamy, wepchnął Amerykę w recesję, doprowadził do gwałtownego wzrostu bezrobocia, skutkował wieloma upadłościami i ludzkimi dramatami. Jednak od 2010 roku wzrost gospodarczy powrócił. Powrócił i trwa do dzisiaj. Jeśli wzięlibyśmy pod uwagę średnioroczne tempo wzrostu PKB, to jest ono nieco tylko niższe niż w Polsce. A przypomnę, że mówimy tu o kraju, w którym dochód na mieszkańca jest prawie trzy razy wyższy niż u nas. To tak a propos naszych sukcesów. Choć z pewnością je mamy.
Ratowanie największej gospodarki świata odbyło się w niekonwencjonalny sposób. Z jednej strony przez wzrost długu (Stany Zjednoczone nie były tak zadłużone od końca drugiej wojny), z drugiej przez drukowanie pieniądza i wprowadzenie prawie zerowych stóp procentowych. Wzrost gospodarczy był zatem wzrostem „na kroplówce”. Dodruk pieniądza zaczęto jednak zmniejszać, a wzrost pozostał. Nie zmienia to jednak faktu, że dzisiaj ekonomiści na świecie głowią się, jak przejść z gospodarki zalanej pieniądzem do gospodarki „normalnej”, czyli takiej, w której stopy procentowe są na większym od zera poziomie, z drugiej strony nie ma efektu ostrego wzrostu inflacji, no i gospodarka się dalej rozwija. A przynajmniej nie dotyka jej gwałtowne hamowanie.
Wzrost gospodarczy i ogromna ilość taniego pieniądza wpłynęły także na rynki finansowe. Amerykańskie giełdy, z najważniejszą, czyli nowojorską, od kilku lat odnotowują rekordowe poziomy indeksów. Korekty, które obserwowaliśmy, były nieznaczne i krótkotrwałe. Z drugiej strony wiemy przecież, że w nieskończoność tak się nie da. W końcu jakiś poważniejszy „zjazd” musi nastąpić. Ale kiedy i jak głęboki będzie, na te pytania nie jest tak łatwo odpowiedzieć.
Na to wszystko nakładają się wybory prezydenckie. Barak Obama kończy swoją drugą kadencję, w Białym Domu musi zadomowić się ktoś inny. Coś się zmieni. Czy może to być impuls do głębszej korekty? Czy nowy mieszkaniec siedziby amerykańskich prezydentów rozpocznie od wyzwolenia tąpnięcia na giełdach? Czy w związku z tym wyhamuje amerykańska gospodarka?
Teoretycznie tak może być. Nowy prezydent, czyli nowa rzeczywistość, mógłby być naturalnym bodźcem dla wielu działających przecież często mocno emocjonalnie inwestorów. Czy zatem koniec roku przyniesie nam sporo zamieszania?
Z pewnością ważne będzie, kto wybory wygra. Hilary Clinton niesie za sobą znane, ze wszystkimi oczywiście negatywnymi elementami tego znanego. Trudno od niej oczekiwać niekonwencjonalnych działań i decyzji, które mogą narobić totalnego zamieszania. Jeśli można mówić o jakimś zakresie kontynuacji, to w jej przypadku właśnie – wiele programów zapoczątkowanych przez Obamę byłoby zapewne dalej realizowanych. Czy to dobrze, czy źle, to już inna kwestia.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z Donaldem Trumpem. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy niesie on ze sobą rewolucję. I czy tym samym rewolucja ta doprowadzi na przykład do dramatycznych spadków na giełdach. Trump mówi, że pobudzi amerykańską gospodarkę, pomoże przedsiębiorcom, w końcu sam nim jest. Ale działa na poziomie ogólników. Problem z nim polega na tym, że nie wiemy, co zrobi. Nie wiemy, co w jego przypadku oznacza polityka gospodarcza. Czy zatem samo jego ewentualne zwycięstwo będzie już zapalnikiem uruchamiającym realizację zysków i tym samym spadki?
Zapowiada się zatem bardzo ciekawa jesień. Także dla nas. Bo wiemy o tym doskonale, że jeśli coś w Stanach zacznie się dziać, to odczujemy do także w Polsce.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze