Bank centralny w każdym kraju to najważniejsza instytucja z punktu widzenia nie tylko prowadzenia polityki monetarnej, ale także całego systemu finansowego. Spoczywa na nim zatem ważne zadanie. Jest on także odpowiedzialny za emisję pieniądza. Nie inaczej jest w przypadku Narodowego Banku Polskiego, który jest naszym bankiem centralnym. Dwukrotnie już NBP zajmował się w postaci obszernej analizy kwestią przyjęcia przez nasz kraj euro. Po raz pierwszy działo się to za prezesa Balcerowicza, po raz drugi za prezesa Skrzypka. W jednym i w drugim przypadku, choć zwracano uwagę na zagrożenia, koszty i problemy, bilans był dodatni. W optymistycznej wersji nawet na poziomie wzrostu PKB wyższym o punkt procentowy rocznie.
Oba raporty mają już jednak kilkanaście lat. Problem w tym, że w tzw. międzyczasie coś się zadziało. W 2008 i 2009 przeżywaliśmy totalny kryzys, który zalał świat i dotknął także nas. W dość zgodnej opinii fakt, że mieliśmy złotego, nam pomógł. Chociaż oczywiście nie wszystkim – wystarczy spojrzeć na kredytobiorców walutowych lub tych, którzy wystawili opcje walutowe. Ale dla gospodarki jako całości fakt, że mieliśmy własną walutę, działał jak bufor, choć w ocenie skali tego pozytywnego wpływu się różnimy. Dla kontrastu podawano przykład Słowacji, której obywatele robili zakupy w Polsce, bo tam wszystko przez euro podrożało. Słowacja przyjęła wspólną walutę w styczniu 2009 roku.
Potem był kryzys samej strefy euro. Trzeszczała ona w posadach i to wtedy zaczęto w Polsce mówić, że o wspólnej walucie nie ma sensu dywagować, bo przecież nie wiadomo, czy strefa przetrwa. I trafiało to na podatny grunt. Dla przeciętnego Kowalskiego, i nie tylko, ten argument wydawał się logiczny.
Dzisiaj sytuacja jest jednak inna i naprawdę trudno postawić tezę, że w perspektywie tych już niemalże dziesięciu lat Słowacja wyszła na przyjęciu euro gorzej niż my, go nie mając. Choćby dlatego, że ryzyko z euro związane jest mniejsze, i mniejszy koszt finansowania (państwa, firm czy po prostu obywatela). Posiadanie euro przez Słowację było jednym z czynników, przez które straciliśmy na jej rzecz fabrykę Jaguara Land Rovera.
Sama strefa euro jest po reformach. Ma pakt fiskalny, kontrolę sytemu bankowego i parę jeszcze innych rzeczy. Jest więc w innym miejscu niż w roku 2013. Choć faktem jest, że wciąż ma sporo problemów, choćby z systemem bankowym Włoch. No i wciąż nie ma sprecyzowanej przyszłości.
Ale wydarzyło się coś jeszcze. Niekoniecznie bezpośrednio ekonomicznego. Rosja zajęła Krym, co zwiększyło ryzyko działania w Polsce. Wszystkie kraje naszego regionu albo mają euro, albo się przygotowują do jego przyjęcia, choćby Czechy, albo tego nie wykluczają – jak Węgry. W dodatku Europa dwóch prędkości jest faktem. Strefa euro będzie się cementować i jak tak dalej pójdzie, będziemy osamotnieni.
Dyskusję o euro trzeba zatem zacząć, Grzegorz Schetyna ma tu rację. Problem polega jednak na tym, że polskie społeczeństwo jest w kwestii euro rozgrywane przez polityków. Najpierw, nie patrząc na negatywne konsekwencje, wmawiano mu, że euro musimy przyjąć bez dyskusji, bez tłumaczenia. Potem go straszono i straszy się do dzisiaj katastrofą strefy euro albo wzrostem cen. To ostatnie jest szczególnie znamienne. Przecież ta kwestia była podniesiona choćby podczas ostatniej kampanii prezydenckiej, choć trudno jest dzisiaj udowodnić tezę, że przyjęcie euro będzie oznaczało istotny wzrost cen. Częsty przykład, że chleb w większości krajów strefy euro jest droższy niż w Polsce, nie wynika z tego, że mają one euro – to po prostu wyższe koszty jego wytworzenia, na czele z wynagrodzeniami. W Wielkiej Brytanii chleb też jest droższy, a wielka Brytania euro nie ma. I pokonanie owych mitów, lansowanych głównie przez polityków, będzie największym wyzwaniem w dyskusji o naszym przyjęciu wspólnej waluty.
Debata o euro
REKLAMA
REKLAMA




















