Cała dyskusja o emeryturach prowadzona w ostatnich tygodniach, w związku z propozycjami rządowymi zmian systemu, dotyczy w zasadzie tylko tzw. emerytury obowiązkowej. Jak wiemy, ci, którzy wybrali, lub zostali przypisani, uzależnione to było od wieku, do systemu, którego częścią są OFE, mają podzielone płatności z obowiązkowej składki emerytalnej. Część zostaje w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, część zaś jest transferowana do OFE. Od początku, czyli od roku 1999, jasne było, że emerytura wypłacana na bazie składki przesadnie wysoka nie będzie. Chyba że wzrost gospodarczy w Polsce będzie na prawdę imponujący i stać nas będzie na jeszcze wyższe dopłaty do FUS z budżetu państwa, czyli z podatków, lub przeznaczymy na to dochody z jakichś super opłacalnych branż, typu eksploatacja gazu łupkowego. Tyle tylko, że kilkanaście lat temu nikomu o tego typu eksploatacji się nawet nie śniło. Tak na marginesie, warto tu przypomnieć o pierwszych reklamach OFE, które sugerowały, że są zdolne do zafundowania nam powszechnego emeryckiego życia w luksusie, co było jednak, delikatnie mówiąc, pewnym nadużyciem.
Tak czy inaczej dopełnieniem emerytury podstawowej, którą możemy nazwać bazową, miała być ta, która jest efektem naszej, całkowicie dobrowolnej decyzji o oszczędzaniu. Czyli tzw. trzeci filar. I te dopiero połączone płatności miały gwarantować życie na całkiem niezłym poziomie. Osobiście nie wierzyłem w istotny rozwój trzeciego filara głównie dlatego, że zachęty prawne do dodatkowego oszczędzania były, można by rzec, rachityczne. A połączenie braku świadomości o konieczności oszczędzania oraz sytuacji finansowej polskich rodzin nie mogły wróżyć powodzenia pomysłowi doubezpieczenia.
Kilkadziesiąt lat poprzedniego sytemu nauczyło nas dość skutecznie, że wszelkie inwestycje związane z oszczędzaniem są, delikatnie mówiąc, problematyczne. Najczęściej było tak, że jeśli wpłacaliśmy jakieś pieniądze na coś, to niewiele z tego wychodziło. Albo te pieniądze zabierało, w taki czy inny sposób, państwo, bo na coś potrzebowało, albo inflacja, albo jeszcze coś innego. Owszem, wierzyliśmy w sens posiadania np. mieszkania, tym bardziej że nie tak łatwo można go było kupić. Ale zakup mieszkania to już wydatek spory i tak było nawet w tamtych czasach. Jeśli cofniemy się do okresu przed drugą wojną światową, to, owszem, wtedy oszczędzanie miało sens, ale tylko do momentu wybuchu tejże wojny, kiedy straciliśmy oszczędności. A po wojnie nowe państwo nie myślało o respektowaniu tego, do czego zobowiązało się państwo przedwojenne. Tak czy inaczej, trudno uznać, że Polacy to naród o zakorzenionych tradycjach do oszczędzania czy inwestowania.
Drugi problem to oczywiście zamożność społeczeństwa. I teraz nie jest z tym najlepiej, w 1999 roku było znacznie gorzej. Wielokrotnie słyszymy przecież, że ktoś by chętnie oszczędzał, tyle tylko że nie ma z czego. I na pewno znamy wielu takich, może sami jesteśmy w takiej sytuacji, którzy rzeczywiście ledwo wiążą koniec z końcem. A może nawet nie są w stanie go powiązać.
Tymczasem doubezpieczenie może być jedynym naszym ratunkiem. W tej chwili, jak wiemy, jesteśmy w fazie spowolnienia gospodarki, co oznacza, że znowu jest nam, jako społeczeństwu, gorzej, trudno zatem namawiać do dodatkowych wyrzeczeń i rozpoczynania programów oszczędnościowych. Ale mimo wszystko spróbuję. Ale to już w następnym felietonie.
Dobrowolne oszczędzanie
REKLAMA
REKLAMA




















