Według badań różnych ośrodków, w 2019 roku wydamy na święta około 5% więcej, niż w 2018 roku. I to nie jest zaskoczeniem. Wydaje się jednak, że w tym roku wzrost wydatków w większej mierze niż w ostatnich latach będzie wynikał ze wzrostu cen.
Wydatki na święta Bożego Narodzenia rosną w Polsce od lat. Głównym powodem takiego stanu rzeczy jest to, że po prostu więcej kupujemy. A więcej kupujemy, bo poprawia się nasza sytuacja materialna. Porównajmy choćby przeciętne wynagrodzenia. Biorę dane za październik, bo nie dysponujemy jeszcze danymi z listopada i tym bardziej z grudnia 2019 roku. A zatem, w październiku 2010 przeciętne wynagrodzenie nominalne wyniosło 3440 złotych, w listopadzie 2019 roku zaś 5213 złotych. Oznacza to wzrost o 52%. Tylko nieznacznie gorzej wygląda sytuacja, gdy porównamy wielkości realne, a zatem uwzględniające inflację. Wciąż mówimy o wzroście wyraźnie powyżej 30%. W ostatnich latach inflacja była raczej niska, mieliśmy nawet prawie dwuletni okres spadku cen. W dodatku jest więcej pracy, bo przez ostanie lata tworzono nowe miejsca zatrudnienia. To, dlatego mamy teraz rekordowo niski poziom bezrobocia. A zatem rodziny mają więcej pieniędzy, i to realnie więcej, do dyspozycji. Oczywiście nie wszystkie, zdajemy sobie z tego sprawę, ale grupa tych, którym się nie poprawiło, jest coraz mniejsza.
Do tego musimy dodać transfery społeczne, takie jak 500+. To przecież także wyraźnie poprawiło potencjał zakupowy. Czyli ilość środków, które możemy przeznaczyć na konsumpcję. Także w święta. Podobną rolę w tym roku spełni trzynasta emerytura.
Trudno się zatem dziwić, że nasze budżety bożonarodzeniowe są coraz wyższe. W tym roku przeznaczymy na święta od 1500 do 1700 złotych. Wielkość zależy od źródła, czyli od firmy przeprowadzającej badanie. Jeśli jednak porównamy te liczby z odpowiednimi z zeszłego roku, to otrzymamy około 5% więcej. Ten rok różni się jednak od poprzednich. Czym? Wyraźnie większym wzrostem cen.
Owe 1500 zł do 1700 zł to oczywiście wszystkie wydatki w ramach gospodarstwa domowego. Możemy w nich wydzielić dwie główne części, czyli żywność i prezenty. O ile w tym drugim przypadku nie możemy mówić o jakimś poważnym wzroście cen, o tyle w tym pierwszym już tak. Oficjalne dane GUS mówią o wzroście o około 6,0%, biorę tu pod uwagę dane za październik. W zeszłym roku i w 2017 było to analogicznie zaledwie około 2%. Jednak szczególnie w dużych miastach rzeczywisty wzrost cen wielu grup żywności jest znacznie większy. Gdy popatrzymy na przykład na ceny jabłek, to wzrost ich ceny w stosunku do poprzedniego roku przekracza 100%. Wyraźnie widać to analizując choćby ceny hurtowe. Ale także moje indywidualne doświadczenia to pokazują. Przed Wigilią w zeszłym roku kilogram jabłek kosztował 2,5 – 3 złote. Mówię oczywiście o miejscach, w których kupuję. Dzisiaj będzie to 4-5 złotych. Tak na marginesie jedynym wyjątkiem jest tu szara reneta, która w tym roku lepiej obrodziła i jest wyraźnie tańsza. Za kilogram trzeba zapłacić około 6 złotych. Rok temu nawet ponad 10 złotych.
Oczywiście jabłka to nie wszystko. Wyraźnie droższe jest pieczywo, przynajmniej o 20%, wieprzowina czy cukier. Z rzeczy szeroko używanych w czasie świąt istotnie potaniało właściwie tylko masło, ale jego cena i tak jest relatywnie wysoka. To wciąż około 40% drożej, niż dwa lata temu. Po prostu w zeszłym roku na rynku masła mieliśmy horror.
Do czego zmierzam? Ano do tego, że w tym roku po raz pierwszy od wielu lat wzrost budżetu świątecznego jest w znacznie większym stopniu związany z tym, że jest po prostu drożej. Czyli nie kupujemy więcej, ale po prostu więcej płacimy za te same rzeczy. Czy jest to bolesne? Zależy dla kogo. Pewnie dla wielu rodzin nie jest to specjalnym obciążeniem. Ale warto sobie z tego zdawać sprawę. Tak patrząc na tę kwestię, pięcioprocentowy wzrost wydatków musimy już interpretować inaczej, niż w poprzednich latach.
Drogie Święta
REKLAMA
REKLAMA




















