Jednym ze sposobów walki ze światowym kryzysem było drukowanie pieniędzy na masową skalę. Proces ten trwa do dzisiaj. Skoro pieniędzy jest coraz więcej, to dlaczego nie powoduje to gwałtownego wzrostu inflacji?
„Luzowanie ilościowe”. To hasło zrobiło wielką karierę w ostatnich latach. A oznacza po prostu zwiększanie ilości pieniądza w obiegu, które stosuje amerykański bank centralny, czyli FED. Nie on zresztą jedyny decyduje się na takie działanie. Pieniądze drukują Japończycy, drukuje je także Europejski Bank Centralny, chociaż on w stosunkowo najmniejszym zakresie. Takie działania nie są transparentne jak w przypadku technologii blockchain. Przy czym słowo „drukuje” nie jest do końca adekwatne w świecie, w którym pieniądz gotówkowy jest tylko jednym z rodzajów pieniądza. Nie trzeba zatem faktycznie drukować, żeby zwiększać jego ilość. Owo „drukowanie” w odpowiedzi na kryzys to przede wszystkim zwiększanie ilości pieniądza bezgotówkowego. Działanie to jest, w zależności od kraju czy obszaru, którego dotyczy, mniej lub bardziej uzasadnione. O sytuacji japońskiej gospodarki i wpływie działań banku centralnego pisałem kilka tygodni temu. Niemniej sprawa wygląda dość jasno: jeśli zwiększamy ilość tzw. pustego pieniądza, powinien za tym pójść wzrost inflacji. Tymczasem nic takiego na razie się nie dzieje. Dlaczego?
Na początek wyjaśnienie. Zwiększenie ilości pieniądza powinno powodować inflację wtedy, gdy drukujemy tzw. pusty pieniądz. Jeśli gospodarka się rozwija, czyli na rynku pojawia się coraz więcej nowych towarów i usług, to zwiększenie ilości pieniądza o wartość tych towarów i usług nie powinno zmieniać dynamiki cen. Przynajmniej teoretycznie, bo przecież ilość pieniądza nie jest jedynym czynnikiem mogącym powodować inflację. Jeśli jednak wprowadzamy do obiegu więcej pieniądza, niż pojawia się towarów i usług, to wtedy właśnie mówimy o tzw. pustym pieniądzu i takie działanie powinno skutkować zwyżką cen. Jest to dość logiczne, bo dysponując większymi środkami, jesteśmy w stanie więcej wydać na to, co jest. Płacimy więcej, czyli inflacja rośnie.
Problem w tym, że, jak już napisałem, ilość pieniądza nie jest jedynym czynnikiem wzrostu inflacji. A poza tym ten dodatkowy pieniądz musi do nas trafić i musimy chcieć go wydać. A to nie musi się stać od razu.
I tu jest wyjaśnienie obecnej sytuacji na świecie. Wprowadzanie dodatkowego pieniądza do obiegu odbywa się zazwyczaj w ten sposób, że bank centralny kupuje za nowe, czyli wygenerowane przez siebie, pieniądze zapadające obligacje skarbowe. Zapadające, czyli takie, które trzeba wykupić. Ktoś wcześniej pożyczył państwu pieniądze kupując właśnie wspomniane obligacje, po to, aby państwo mogło zasypać dziurę w budżecie. Teraz okres pożyczki się kończy i trzeba dług oddać, czyli znaleźć pieniądze na spłatę pożyczki. I tu pojawia się bank centralny. To on, niejako, spłaca dług państwa. Dzięki temu państwo nie musi ponosić ciężaru znalezienia środków na wykup, a zatem nie musi jeszcze bardziej oszczędzać. Konieczność wygenerowania pieniędzy na obligacje oznaczałoby kolejne cięcia wydatków, a te hamowanie gospodarki.
Można oczywiście wyemitować nowe obligacje, żeby wykupić stare. Tak się zresztą najczęściej robi. Tyle tylko, że oznaczałoby to dalszy wzrost długów państw, a dla niektórych z nich być może katastrofę. Pamiętamy przecież, że miały one problemy ze znalezieniem tych, którzy chcieliby kupić nowe obligacje. I nie mam tu na myśli tylko Grecji, ale także na przykład wielkie Włochy.
Pieniądze, za które ktoś kiedyś kupił obligacje, to była ta część środków, która nie miała służyć konsumpcji czy inwestycjom, bo została skierowana na zakup obligacji, czyli na oszczędzanie. Jeśli zatem teraz te pieniądze wrócą do inwestora, to z dużym prawdopodobieństwem, większa część z nich, a w wielu przypadkach, całość, także zostanie przeznaczona na oszczędności. I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego wzrost ilości pieniądza nie przekłada się na razie na inflację.
Na razie. Bo kiedyś się przełoży. Stanie się tak wtedy, gdy znowu zaczniemy więcej kupować, i inwestować. Gdy uwierzymy, że mamy przed sobą świetlaną przyszłości. Gdy znowu odważniej zaczniemy brać kredyty. Kiedy nastąpi ten moment? Nad tym dzisiaj się wszyscy głowią. Ale z dużym prawdopodobieństwem w ciągu najbliższych lat. I to raczej dwóch, trzech niż dziewięciu.



















