Euro dla Polski (2)

0
Marek Zuber
REKLAMA

Kiedy zaczynałem po studiach pracę w Banku BPH, dość szeroko zajmowano się w Polsce kwestią wspólnej waluty, a dokładnie kwestią jej przyjęcia przez Polskę. Był rok 1999, pięć lat musieliśmy jeszcze czekać na wejście do Unii Europejskiej, ale już wtedy trzeba było określać zasady i próbować określić terminy zastąpienia złotego. Jedynym problemem, mówię oczywiście o dyskusji sprzed prawie dwudziestu lat, było to, jak szybko będziemy w stanie wypełnić kryteria z Maastricht. Mówię tu o tak zwanych kryteriach nominalnych, których spełnienie jest konieczne, aby wspólną walutę mieć: deficyt budżetowy poniżej 60% PKB, deficyt sektora finansów publicznych maksymalnie na poziomie 3% PKB, inflacja w ryzach, dokładnie nie może być ona wyższa o więcej niż 1,5 punktu procentowego powyżej średniej trzech krajów UE o najniższej inflacji, niskie rynkowe stopy długoterminowe, nie wyższe niż 2 punkty procentowe powyżej średniej z krajów UE o najniższej inflacji. No i oczywiście trzeba być przynajmniej przez dwa lata w mechanizmie ERM II, czyli w tzw. wężu walutowym.
Najbardziej martwiło nas wtedy to, czy uda się wystarczająco szybko obniżyć inflację i stopy procentowe no i utrzymać złotego w ryzach, czyli w mechanizmie ERM II. Nikt się specjalnie nie przejmował kryteriami fiskalnymi, czyli długiem i deficytem. Tzn. przejmowaliśmy się, ale wydawało się, że akurat te dwa kryteria spełnimy bez specjalnych problemów. Sytuacja budżetu wydawała się nie najgorsza i jego perspektywy także.
Tak czy inaczej, nikt nie rozważał tego, co dzisiaj wydaje się kluczowe: stabilności strefy euro. Wydawało się, że ta kwestia jest poza dyskusją. Strefę euro miały stanowić potęgi gospodarcze, UE i strefa euro zatem również miała być w perspektywie kilku lat najbardziej konkurencyjnym obszarem świata itd. itp. Owszem, euro miało swoich sceptyków, jak choćby Miltona Friedmana, wielkiego, nieżyjącego już ekonomistę amerykańskiego, laureata nagrody Nobla i doradcę prezydenta Ronalda Reagana, ale też nie był to sceptycyzm totalny. Friedman raczej był na nie, ale nie było to nie bezwarunkowe. Podstawowym problemem dla niego, nie pomylił się tu zresztą, były różnice między poszczególnymi państwami. Uważał, że będą one negatywnie oddziaływały na stabilność całej strefy. Nic dodać, nic ująć. W 2009 roku część ekonomistów triumfowała, ogłaszając, że Friedman się pomylił, bo strefa przetrwała potężny kryzys, jednak trzy lata później musieli bić się w piersi. Warto dodać, że Friedman otworzył jednak furtkę dla euro, mówiąc, że trudno oceniać na przykład pozytywne efekty związane z ułatwieniem handlu w strefie wspólnej waluty, a one mogą być szansą na funkcjonowanie strefy.
I nie ma co ukrywać – owa stabilność jest dzisiaj największym zagrożeniem dla kogoś, kto zamierza przyjąć euro. Czyli na przykład dla nas. Owszem, 2016 rok był wreszcie lepszy, gospodarka eurostrefy przyspieszyła, wyraźnie poprawiły się wskaźniki optymizmu, ale trudno wciąż postawić twardą tezę, że już wszystko jest pod kontrolą. I właśnie brak tej tezy jest najpoważniejszym minusem w analizie tego, czy warto przyjmować wspólną walutę.
Poza tym są czynniki, które znamy od lat, na czele z rezygnacją z własnej polityki monetarnej, co może być fatalne i nie chronić nas przy okazji jakichś problemów gospodarczych. Podobnie jest z brakiem własnej waluty. Spadek wartości złotego do euro w 2008 i 2009 roku był poduszką, która pomogła nam uniknąć recesji. Patrząc na takie kraje, jak Hiszpania czy Portugalia, widać też wyraźnie, że kryzysy bardziej odczuwają ci, którzy są biedniejsi i mniej zaawansowani gospodarczo. Czyli obok kryteriów nominalnych ważne są też realne, takie jak wydajność pracy, dochód na mieszkańca, średnie wynagrodzenia itp. Tego typu wielkości powinny być podobne do tych z krajów strefy. Ale do których bardziej? Niemiec czy Hiszpanii? Oczywiście do Niemiec. Ale jak bardzo podobne? To znaczy, o ile mogą być gorsze? Na te pytania odpowiedzi precyzyjnych nie mamy.
Jest też kwestia inflacji. Część polityków, ale i ekonomistów, stawia tezę, że euro to wzrost inflacji i wyższe ceny. Pamiętacie Państwo na pewno kampanię prezydencką w Polsce, gdzie ten argument pojawił się wprost. Tu jednak sytuacja nie jest taka oczywista. Podobnie jak choćby z tezą, że kraje niebędące w strefie euro rozwijały się w ostatnich latach szybciej. O tym następnym razem.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze