Wiedzieliśmy, że obecna kampania wyborcza będzie festiwalem obietnic i królowaniem populizmu. Problem w tym, że dzisiaj sytuacja jest bardziej skomplikowana niż w 2015, czy w 2016 roku.
Obecni rządzący uwielbiają chwalić się, że realizują swoje obietnice. I rzeczywiście wiele rzeczy zapowiedzianych w kampaniach wyborczych jest wdrażanych w życie. Inna sprawa, że głównie dotyczy to różnych kwestii socjalnych, które w największym stopniu wpływają na słupki poparcia wśród tradycyjnych wyborców PiS. Gorzej, jeśli chodzi o inne wielkie programy. Wystarczy popatrzeć, ile zrealizowano z szumnie zapowiadanej „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. O polskim promie pasażerskim, czy polskim samochodzie elektrycznym lepiej w ogóle nie wspominać. W tym ostatnim przypadku, to już naprawdę nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Po pięciu latach zmieniono firmę odpowiedzialną za projektowanie, teraz będzie to włoska Pinifarina. Czyli to, co widzieliśmy jako już „prawie” jeżdżące prototypy (podobno w zasadzie gotowe do produkcji), już nie jest aktualne. I jeszcze wmawia się nam, że to było wszystko zaplanowanym ćwiczeniem, a teraz dopiero zabieramy się za temat na poważnie. Ech…
Z kolei „Polski Ład”, reklamowany jako niemal rewolucyjna zmiana – nieprzypadkowo nawiązywano nazewnictwem do rzeczywiście rewolucyjnego „Nowego ładu” wprowadzonego w latach trzydziestych dwudziestego wieku w Stanach Zjednoczonych – okazał się totalną porażką. Chociaż po setkach zmian jako tako działa. Tyle tylko, że na pewno nie uprościł systemu podatkowego, a przecież właśnie uproszczenie zapowiadał Mateusz Morawiecki już 7 lat temu. A propos Morawieckiego. Kilka tygodni temu ogłosił on, że już wie, co jest problemem przedsiębiorców w Polsce: niestabilność prawa. Wiemy oczywiście, że miała to być szpileczka wbita ministrowi sprawiedliwości, ale, przepraszam, kto za tę niestabilność odpowiada, jak nie premier właśnie? A kto jest premierem od siedmiu lat? Moim zdaniem była to jedna z bardziej kuriozalnych wypowiedzi Morawickiego.
W kwestiach socjalnych jednak, jak już wspomniałem, PiS rzeczywiście realizuje znaczną część swoich zapowiedzi. Oczywiście najprostsze co może być, to wydawać pieniądze. Gorzej z ich organizowaniem. Rządzący chwalą się, że wprowadzane programy są finansowane ze zwiększenia ściągalności podatków. Tak, to jest sukces PiS, ale środków z tego źródła wystarczy co najwyżej na 30% wprowadzonych w ostatnich latach programów i zmian. A reszta? A reszta finansowana była ze wzrostu gospodarczego i z długu. Ze wzrostu, bo lata 2014 – 2019 były świetne pod tym względem. Ale nie tylko w Polsce, więc nie jest to zasługa rządzących. Nawet prezes NBP na konferencji po ostatnim posiedzeniu RPP zauważył wielki sukces Rumunii pod tym względem. Nie dodał tylko, że wzrost gospodarczy w tym kraju był nawet wyższy niż w Polsce. Generalnie cała Europa środkowo-wschodnia rozwijała się podobnie do nas.
Drugim źródłem było zadłużanie się. Ci, którzy czytają moje komentarze, wiedzą, że nie wieszczyłem załamania finansów publicznych w związku ze zwiększaniem wydatków przez rządzących. Spodziewałem się bowiem, że w gospodarce będzie nieźle i to będzie pomagało. Zakładałem, że problem się zacznie, jak koniunktura się skończy. Skończyła się w 2019 roku, ale wtedy zaczęła się pandemia, a ona oznaczała nadzwyczajne działania, w tym obniżenie formalnych i nieformalnych norm w kwestii zwiększania długu. Potem przyszła wysoka inflacja, która pomaga rządowi. To znaczy pomaga wtedy, gdy rośnie, bo dochody do budżetu się zwiększają, a koszty związane na przykład z różnymi waloryzacjami dotyczą inflacji wcześniejszej, czyli niższej. Ale jak inflacja zacznie spadać, ta zależność się odwróci.
A zatem 2024 i 2025 będą latami, w których zmierzymy się de facto z kosztami różnych programów wprowadzanych w ostatnich latach. Tylko proszę mnie dobrze zrozumieć: będzie trudniej, ale to nie znaczy, że będziemy Grecją. Ale będzie trzeba wymyśleć coś, żeby wzrost długu ograniczyć. I żeby w dalszej perspektywie tą Grecją się nie stać. Bo o wzrost gospodarczy w okolicach 5% – 6% będzie trudniej. I przyznaje to nawet NBP oraz Ministerstwo Finansów.
A piszę to wszystko w kontekście nakręcającej się spirali obietnic, głównie socjalnych. Opozycja nie pozostaje tu dłużna, więc rządzący muszą licytować więcej. I w ostatni weekend zalicytowali między innymi w kwestii sztandarowego projektu, czy 500+. Od nowego roku ma go zastąpić program 800+, co będzie kosztowało dodatkowe ponad 25 mld PLN. Czyli koszt całego programu sięgnie 70 mld PLN. Ale problemem jest nie tylko koszt. Przynajmniej moim zdaniem. Problemem jest także na przykład to, że 500+ to zwykły program socjalny, nie żaden czynnik zwiększania dzietności i jako program socjalny nie powinien trafiać do bogatszych. Bo niby z jakiego powodu?
Ale kto wie, czy największa wątpliwość nie dotyczy jeszcze innej kwestii. Walczymy z inflacją. Czy dorzucanie pieniędzy, szczególnie bez limitu dochodowego, w takim przypadku pomaga? Oczywiście, że nie. W konsekwencji walka z inflacją będzie trudniejsza. Kiedy 800+ wejdzie w życie będzie ona już zapewne jednocyfrowa. Ale, jak już pisałem, łatwiej będzie o jej spadek z 18,4% do 8%, niż z 8% do 2,5%.




















