No i mamy kolejny pakiet danych dotyczących sytuacji gospodarczej. Niestety materializuje się scenariusz napisany kilka miejscy temu.
W ostatnich dniach poznaliśmy sporo ciekawych danych, które pokazują dwie rzeczy: po pierwsze inflacja nie odpuszcza, a po drugie hamowanie gospodarki jest faktem. Zacznijmy zatem od inflacji.
Bardzo wstępne dane za sierpień wskazują na to, że wzrost cen znowu przyspieszył. Koszyk dóbr i usług, które najczęściej kupujemy podrożał bowiem o 16,1% rok/rok. A to oznacza spory wzrost w stosunku do dwóch ostatnich miesięcy, kiedy mieliśmy odpowiednio 15,5% rok/rok i 15,6% rok/rok. Mamy sporo zastrzeżeń i pytań w kontekście tego, w jaki sposób GUS liczy inflację, na przykład, czy 30-, nawet 40-groszowe rabaty przy zakupie paliwa przy pomocy aplikacji są uwzględniane w danych? Albo w jaki sposób potężny wzrost cen gazu, o którym pisałem tydzień temu, widoczny jest we wskaźniku CPI? Ale jakby do tego nie podchodzić dane są wyraźnie powyżej średniej prognoz. Daleki jestem od tez niektórych moich kolegów, że dane sierpniowe powaliły na kolana i że szczęki zbieramy z podłogi, jednak faktycznie zaskoczenie jest. Średnia prognoz oscylowała bowiem nawet poniżej odczytu z lipca. Kilka miesięcy temu zakładałem, że szczyt inflacji będzie właśnie w okolicach 16%-16,5%, ale z drugiej strony miałem też nadzieję, że bardzo mocny spadek cen wielu surowców i produktów żywnościowych, obserwowany na świecie, odbije się także na wzrośnie cen w Polsce. Niestety jest inaczej. Nie mamy jeszcze pełnych danych inflacyjnych, te poznamy w połowie miesiąca. Czekamy zatem z niecierpliwością.
W ostatnim tygodniu poznaliśmy także kolejne odczyty PMI, to wskaźnik pokazujący nastroje menadżerów oraz liczony przez GUS bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej. PMI znowu spadł i osiągnął poziom 40,9 pkt. Gorzej było tylko na początku pandemii. Ale wtedy była zupełnie inna sytuacja, fatalny odczyt nie był związany z procesami ekonomicznymi, tylko ze skutkami ekonomicznymi decyzji polityków. A zatem można powiedzieć, że obecne nastroje przedsiębiorców są fatalne, co potwierdza nie tylko to, że proces hamowania polskiej gospodarki jest faktem, ale także, iż będzie on się pogłębiał.
Jeszcze gorzej przedstawiają się nastroje konsumentów. Odczyt na poziomie -44,9 jest nawet słabszy niż w kwietniu 2020 roku. A zatem konsumenci widzą rzeczywistość w gorszych barwach niż wtedy, kiedy zaczynał się COVID-19, ludzie umierali lub ciężko przechodzili pandemię, nie było szczepionek, a gospodarkę zamrożono. Z pewnością przyczyn obecnego stanu jest wiele. Spadające realne wynagrodzenia, dramatyczny wzrost cen nośników energii, ryzyko tego, że może tych nośników energii brakować, ogólne poczucie drożyzny i wciąż odczuwalne zagrożenie sytuacją na wschodzie to najważniejsze z nich. A zatem formalnie możemy ogłosić, że kryzys jest faktem. Gospodarka dalej się rozwija, choć coraz wolniej, ale psychologiczny odbiór tego, co nas otacza jest jednoznaczny.
Niestety podążamy zatem zgodnie ze scenariuszem, o którym mówiliśmy parę miesięcy temu. Będzie coraz gorzej, choć wciąż uważam, że słowa w stylu „katastrofa”, „dramat” itd., itp. się nie zmaterializują. Ale rzeczywiście wszystko wskazuje na to, że za kilka miesięcy będziemy mieli na przykład poczucie wyraźnego zubożenia.
Póki co wciąż uważam, że właśnie teraz mamy szczyt inflacji. Teraz, czyli pod koniec trzeciego kwartału. Choć, jak już wielokrotnie pisałem, wystarczą jakieś irracjonalne decyzje na przykład Putina i sytuacja może się diametralnie zmienić. W poprzednim felietonie pisałem o tym. Gaz może za dwa tygodnie przekroczyć poziom 400 euro za megawatogodzinę, może też spaść do poziomu 100 euro, co oczywiście i tak dalej będzie poziomem bardzo wysokim. Nie da się tego przewidzieć. Tym bardziej, że na horyzoncie są jeszcze decyzje Komisji Europejskiej w kwestii określenia maksymalnej ceny błękitnego paliwa. Ale czy uda się takie rozwiązania realnie wprowadzić w życie?
Ostatni tydzień przyniósł nam także szczegółowe dane o PKB w drugim kwartale. Wzrosło ono nieco bardziej, niż pierwotnie sądzono, bo o 5,5%. Wciąż niezła była konsumpcja, wyraźnie spadły zapasy, czego się spodziewaliśmy. Pojawiły się opinie, że na tej podstawie Rada Polityki Pieniężnej może chcieć mocniej podnieść stopy procentowe po to, żeby na przykład tę konsumpcję bardziej ograniczyć. Nie zgadzam się z takim uzasadnieniem. Głównie dlatego, że drugi kwartał skończył się w czerwcu, a dane za lipiec i sierpień jednoznacznie wskazują, iż konsumpcja jest słabsza.
Nie zmienia to jednak faktu, że prawdopodobieństwo podwyżki/podwyżek stóp wzrosło po danych inflacyjnych. Być może czytając te słowa wiecie już Państwo, co zrobiła RPP. Ja wciąż nie zmieniam zdania i uważam, że stóp nie powinno się w tej chwili podnosić.



















