W wielu tarnowskich aptekach wciąż brakuje płynu Lugola, w pewnych szczególnych okolicznościach najbardziej pożądanego preparatu. Oczywiście, wszyscy wiemy, co jest tego powodem.
Kiedyś, gdy w związku z sytuacją na świecie ludzi opanowywały nastroje przedwojenne, lista niezbędnych zakupów na zapas była trochę krótsza. Na liście znajdowały się mąka, ryż, cukier, kasza, makaron i benzyna do samochodu, jeśli go ktoś miał. Teraz w takich sytuacjach dochodzą jeszcze olej roślinny oraz papier toaletowy. I niech ktoś powie, że na wojnie zarabiają tylko ci, którzy produkują i sprzedają armaty.
Płyn Lugola, czyli wodny roztwór jodu, za mojego życia zrobił karierę dwa razy. Pierwszy raz po awarii reaktora w elektrowni jądrowej w Czarnobylu w 1986 roku i drugi raz teraz, gdy tę samą elektrownię w dzisiejszej Ukrainie ostrzelali z czołgów (!) nieobliczalni rosyjscy agresorzy. Ludzie więc na wszelki wypadek pobiegli po płyn Lugola i – tak jak czterdzieści dwa lata temu – wykupili go do ostatniej buteleczki.
W osiemdziesiątym szóstym płyn podawano dzieciom, by je zabezpieczyć przed radioaktywnym jodem 131. Dziś wielu specjalistów twierdzi, że mimo awarii czarnobylskiej nie było to wówczas konieczne, co gorsza, tym sposobem wywołano u części dzieci autoimmulogiczne zapalenia tarczycy, które ujawniły się w kolejnych latach. To dość poważne choroby.
Warto więc pamiętać, że płyn Lugola to nie soczek pomarańczowy z witaminą C i jego zażywanie musi się odbywać po konsultacji z lekarzem. Wtedy, gdy jest to konieczne, a nie na wszelki wypadek.
Swoją drogą nigdy bym nie pomyślał, że ten preaparat po czarnobylskiej katastrofie jeszcze kiedykolwiek zrobi karierę. Od tamtego czasu już wymyślono bezpieczne elektrownie jądrowe, a wojna blisko naszych granic wydawała się zupełną abstrakcją. Płyn Lugola przez lata zalegał apteczne półki, ale cierpliwie czekał na swój nowy czas. I ten czas nadszedł – znów z tego samego kierunku.
Kariera płynu Lugola
REKLAMA
REKLAMA




















