Historia z nietrzeźwym furmanem spod Tarnowa przeszła niemal niezauważona, a to przecież wyjątkowo osobliwy przypadek. Szkoda, że mało chlubny. Przypomnę: kilka dni temu w gminie Pleśna policjanci zatrzymali konny zaprzęg, na czele którego stał dzielny furman. Dzielny, ale, niestety, pijany.
Taka historia zdarza się raz na kilka, a może nawet na kilkanaście lat. Raz na kilka lat można spotkać na drodze publicznej furmankę, a co dopiero nietrzeźwego woźnicę. I całe szczęście, że tak rzadko! W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zaprzęgi konne były stałym elementem drogowego pejzażu w kraju, zwłaszcza na prowincji. Plagą były nieoświetlone furmanki po zmroku, przez które zginęły setki motocyklistów, którzy w ciemnościach wpadali na tył konnych wozów. Niektórzy furmani dodatkowo byli pijani i – wygodnie układając się w wozie – zasypiali snem sprawiedliwego. Spali spokojnie, gdyż drogę do domu dobrze znał ich koń.
Przypadek spod Pleśnej przypomniał dawne PRL-owskie realia, przenieśliśmy się w czasie o jakieś pół wieku do tyłu. Mimo to pod jednym względem nic się nie zmieniło. Pijany był tylko woźnica, koń nie.
Koń był trzeźwy
REKLAMA
REKLAMA




















