Prezydent podpisał ustawę budżetową na 2024 rok. Oznacza to, że państwo ma plan finansowy i pod tym względem może normalnie działać.
Ustawa budżetowa pod wieloma względami jest ustawą specyficzną. Na przykład jest to jedyna ustawa, której Prezydent nie może zawetować. Ale też jedyna ustawa, której nieprzesłanie na czas do Prezydenta, czyli do końca stycznia danego roku, daje mu możliwość rozwiązania parlamentu. Ta kwestia była zresztą eksploatowana w ostatnich tygodniach. Zadawano pytanie, czy nowa koalicja zdąży, a jeśli nie, czy Prezydent będzie chciał pójść w kierunku kolejnych wyborów. Przesłanką do tego miałby być wynik tych ostatnich i utrata władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, z którym Andrzej Duda jest związany. Ale także pierwsze decyzje nowej większości, które spotkały się z dezaprobatą Dudy. Tak czy inaczej, koalicja zdążyła, Prezydent ustawę musiał podpisać. Ale zakończenia historii nie ma, bo jednocześnie głowa państwa wysłała ją do Trybunału Konstytucyjnego.
Nie jestem prawnikiem, nie będę zatem podejmował tematu słuszności lub nie takiego postępowania. Z punktu widzenia obecnych działań rządu nie ma to jednak specjalnego znaczenia, bo plan finansowy państwa został uchwalony. Tak czysto teoretycznie: a co by było, gdyby jednak podpisu nie było, gdyby jakimś cudem coś wymyślono w tym względzie? Działalibyśmy na podstawie prowizorium budżetowego. Czyli też nie byłoby dramatu, można by było na bieżąco realizować podstawowe zadania. Nie oznaczałoby to zatem katastrofy.
No właśnie, plan finansowy. Ustawa budżetowa to taki plan dotyczący z jednej strony dochodów, a z drugiej wydatków. Dokładnie tak, jak w przypadku gospodarstwa domowego, tyle tylko, że w odniesieniu do całego państwa. Oczywiście jest to plan obarczony sporym ryzykiem. Dotyczy przecież przyszłości, a my nie wiemy, co się może wydarzyć. I dotyczy to zarówno strony dochodowej, jak i wydatków. W szczególny sposób jednak odnosi się to do strony dochodowej. Jest ona bowiem głównie oparta na podatkach. Przede wszystkim VAT. A wpływy podatkowe w dużej mierze zależą od sytuacji gospodarczej, czy też chęci do ich płacenia przez społeczeństwo, czego wymiarem jest tzw. szara strefa. Trzeba zatem robić odpowiednie założenia, które wcale nie muszą się ziścić. Najważniejsze z nich to wzrost PKB i inflacja.
Obecny rząd przejął założenia makroekonomiczne od poprzedników. A ci zakładali, że polska gospodarka urośnie w tym roku o 3%. Czy to realne? Tak, ale ambitne. Zajmowałem się już tym tematem, więc krótko powtórzę tylko, że zakładamy odbicie w konsumpcji i inwestycjach. To drugie już się dokonuje, to znaczy inwestycje w roku 2023 urosły bardziej niż prognozowano, bo o 8%, i mamy nadzieję na kontynuację tego procesu. Wiele robią tu środki unijne, a dokładnie to, że kończą się poprzednie, wiec rzutem na taśmę wszyscy chcą z nich skorzystać. No i mamy nadzieję, że w roku 2024 wykorzystamy wreszcie środki z Krajowego Planu Odbudowy.
W przypadku konsumpcji liczymy na to, że wzrost minimalnego wynagrodzenia, zmiana „500+” na „800+”, utrzymanie transferów na przykład dla emerytów oraz podwyżki w budżetówce będą oznaczały zwiększone zakupy.
Niewiadomą pozostaje sytuacja w eksporcie, głównie w tej jego części, która dotyczy produkcji przemysłu. Bo tu sytuacja jest trudna i koniec roku nie przyniósł poważnej poprawy. Wynika to między innymi z sytuacji w Niemczech, naszego głównego partnera, który jest w recesji. Poprawa u naszych zachodnich sąsiadów miała dokonać się w pierwszym półroczu 2024 roku, ale dane pokazujące nastroje przedsiębiorców są słabe. Moim zdaniem, bez odbicia w Niemczech trudno będzie o przekroczenie 3% wzrostu PKB w tym roku. Czekamy zatem na lepsze wieści w dalszej części roku.
Inflacja? O tym pisałem sporo w poprzednich felietonach. Spodziewam się odbicia inflacji w drugim półroczu tego roku, po jej mocnym spadku w pierwszych miesiącach. W sumie 6,6% jako średnioroczny poziom wydaje się realny. Przynajmniej na dzisiaj.
Ale jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Rząd odziedziczył projekt budżetu po poprzednikach. Jasne zatem było, ze cudów w kilka tygodni nie zrobi, to wymaga czasu. A zatem jest to budżet Morawieckiego, trochę tylko przypudrowany choćby zwiększonymi wydatkami wynikającymi z podwyżek dla nauczycieli. Koalicja zwiększyła deficyt budżetowy o 20 mld PLN, ale koszty wprowadzonych zmian są wyższe. I wciąż nie jest jasne, skąd ma się wziąć wyraźny wzrost dochodów podatkowych, planowany przez Morawieckiego i niezmieniony przez Tuska. Co to wszystko znaczy? Moim zdaniem niemal pewna jest nowelizacja budżetu. Czyli dokonanie w nim zmian. I pewnie stanie się to jeszcze w pierwszym półroczu.




















