Obecny czas w polityce, przede wszystkim w Europie i Ameryce Północnej, charakteryzuje się wzmożoną aktywnością i natarciem nacjonalizmu wraz z wszystkimi jego odmianami: rasizmem, antysemityzmem, fanatyzmem religijnym, nieuctwem itp. Od ruchów antyszczepionkowych – które jeszcze nie tak dawno wydawały się szkodliwym dziwactwem a doprowadziły między innymi w Polsce i wielu krajach do śmierci setek tysięcy ludzi, zdobyły wpływy polityczne, utrudniały pracę służby zdrowia i skutecznie sparaliżowały racjonalne działania na rzecz walki z pandemią – do zbrodni popełnianych przez rasistów w Europie (Brevik) i USA (strzelanina m.in. w Buffalo), nacjonalistów wygrywających wybory (Polska, Węgry) lub zdobywających dość szerokie poparcie społeczne (Włochy, Hiszpania, Austria, Holandia), albo sięgających po władzę, łamiąc zasady demokratyczne i stosując przemoc jako metodę jej sprawowania (Turcja, Rosja, Białoruś). Nacjonalizm doprowadził też do głębokich podziałów w Stanach Zjednoczonych. Bożyszczem nacjonalistów był i pozostał tam nadal Donald Trump, który nie uznał swojej porażki w wyborach i podsyca antagonizmy oraz rozpala wszystkie możliwe konflikty licząc, że na fali nacjonalizmu, ksenofobii, fanatyzmu religijnego i innych plag uda mu się zdobyć władzę. Na razie największym „sukcesem” Trumpa był szturm lumpów, fanatyków i rasistów na Kapitol, który doprowadził do śmierci kilku osób i pokazał, że demokracja nawet w jej ojczyźnie Ameryce nie jest w pełni bezpieczna i może być zagrożona. Przede wszystkim uzmysłowił, że demokracja nie obroni się sama, nie wystarczy bowiem uchwalić kilku dobrych ustaw, demokracja musi być nieustannie broniona.
Wydaje mi się jednak, że można zaryzykować twierdzenie, że nacjonalizm przynajmniej w niektórych obszarach się cofa, a w każdym razie triumfalny marsz nacjonalistów po władzę został zatrzymany. W Niemczech – od odbudowania demokracji po klęsce Hitlera – co jakiś czas mamy do czynienia z pewnego rodzaju recydywą nacjonalizmu, czasami z nazistowską tęsknotą. Pojawiają się i znikają partie o nacjonalistycznym charakterze (ostatnio AfD), ale po krótkotrwałym lokalnym sukcesie ulegają redukcji do politycznego folkloru. W Wielkiej Brytanii tamtejszy PiS (Partia Niepodległości) w ogóle nie weszła do parlamentu, ostatnio klęskę ponieśli nacjonaliści we Francji (zapowiada się sukces Macrona i niepowodzenie nacjonalistów w wyborach do parlamentu w Słowenii, Czechach), a przede wszystkim przegrywają wojnę w Rosji. Wojna Putina nie jest tylko napaścią Rosji na Ukrainę, ponieważ Putin pragnie odbudować Związek Sowiecki i poprzez podboje terytorialne próbuje uczynić Rosję supermocarstwem. Najwyraźniej pomylił epoki i swoje możliwości. Ale jest to także próba umocnienia rosyjskiego nacjonalizmu, stąd twierdzenie rosyjskiej propagandy, że nie ma narodu, ani państwa ukraińskiego, a długa lista krajów, które „należą” do Rosji to między innymi dawne sowieckie republiki i państwa Układu Warszawskiego. Nacjonalizm rosyjski głosi sojusz z fanatyzmem religijnym, pogardą dla nauki. Na szczęście przegrywa swoją wojnę na Ukrainie, toczącą się w obronie wolności nie tylko tego kraju, ale przede wszystkim w obronie wolności na olbrzymich obszarach Europy i Azji. Zbrodnie i niesłychane kłamstwa rosyjskiej propagandy biorą się choćby z typowego dla nacjonalistów przekonania o swoim prawie do decydowania o życiu i losie innych narodów, jako gorszych i podporządkowanych silniejszemu.
Dlatego najnowsze wiadomości o oporze Ukrainy i jej sukcesach wojskowych są tak ważne. „Jest niezwykle mało prawdopodobne, by w ciągu najbliższych 30 dni Rosji udało się przyspieszyć ofensywę we wschodniej Ukrainie – piszą brytyjscy analitycy o przebiegu rosyjskiej agresji. Teraz Rosja utknęła na całej linii frontu wschodniego. Rosji nie udało się zająć znacznego terytorium i ponosi dotkliwe straty. Straciła już najprawdopodobniej jedną trzecią sił lądowych, które rozpoczęły atak w lutym. Obraz nędzy i rozpaczy kremlowskiej napaści uzupełniają trapiącymi Rosję problemami z zaopatrzeniem i niskim morale armii, do których w coraz większym stopniu dochodzi problem załamania wydajności bojowej oddziałów.” (Stanisław Skarżyński, „Brytyjski wywiad: Rosja straciła jedną trzecią wojsk rzuconych przeciwko Ukrainie”, internet).
Niestety, słabość nacjonalizmu na Zachodzie nie przenosi się na reżim pisowski, czyli nacjonalizm w Polsce. Nie jest jeszcze do końca jasna kwestia układu, może lepiej dealu (od dealera), zawartego pomiędzy PiS-em a grupą Ziobry. Według komentatorów układ ten polegał na zgodzie Ziobry na likwidację komisji dyscyplinarnej w zamian za obsadzenie neo KRS ludźmi wskazanymi przez polityków. Ponieważ KRS faktycznie nominuje sędziów, oznacza to, że sędziowie w Polsce będą powiązani i uzależnieni od Ziobry, będą mówiąc najprościej jego ludźmi. Likwiduje to praktycznie jakąkolwiek niezależność wymiaru sprawiedliwości. Likwidacja Izby Dyscyplinarnej według pomysłu prezydenta jest przede wszystkim zmianą nazwy i ma charakter ruchu pozornego. W sytuacji, gdy sędziowie będą nominatami pisowskiego polityka, praworządność rozumiana jak niezależność sędziów od reżimu, jest kompletną fikcją. Gdyby Unia zgodziła się na nominację sędziów przez polityków „dobrej zmiany”, byłaby to kapitulacja i rezygnacja z praworządności w Polsce. Ponieważ z tego co dominuje w przekazach pisowców, jakoby Unia zgodziła się na „uzgodnioną reformę sądownictwa” w Polsce, może wynikać, że jakiś rodzaj zgody UE na wypłacanie pisowcom pieniędzy – czyli zrezygnowanie z praworządności – miał miejsce, byłby to triumf nacjonalizmu i dyktatury w Polsce.
Mam nadzieję, że są to tylko marzenia pisowskiego reżimu, któremu unijne pieniądze w obliczu fatalnej sytuacji ekonomicznej, inflacji i drożyzny bardzo by się przydały. Historia relacji pomiędzy dyktaturami a demokracjami obfituje w przypadki skrajnej naiwności demokratycznych polityków i różnego rodzaju oszukańczych zabiegów ze strony dyktatur, którym bardzo zależało na przedstawieniu fałszywego wizerunku swoich rządów. Mamy też przykłady niewiarygodnej wprost głupoty oszukiwanych intelektualistów i polityków Zachodu. Podczas głodu na Ukrainie, gdy umierały miliony ludzi, zachwycony Stalinem i Związkiem Sowieckim Bernard Shaw powiedział do dziennikarki, pytającej go o wrażenia z Ukrainy: czy pani tu widzi jakiś głód. Ernest Hemingway mówił w tym czasie, że „człowiek, który ma poglądy antykomunistyczne jest albo głupcem, albo kanalią”, a Jean-Paul Sartre uważał, że każdy antykomunista to pies. Znane są bezbrzeżnie głupie zachwyty zachodnich mężów stanu nad mądrością, dobrocią i zaletami Stalina, komunizmu i sowietów. Nie musimy daleko szukać, zachwytów nad Putinem nie tak dawno mieliśmy bardzo wiele w Polsce, a jeszcze niedawno w Madrycie spotkali się z pisowskimi liderami nacjonaliści z Zachodu. Jeden noszący wizerunek Putina na sercu, druga, dla której Putin jest politycznym sponsorem oraz ci, dla których jest cennym sojusznikiem. Jakiekolwiek dystansowanie się pisowców od Orbana, wiernego sojusznika Putina, ma charakter oszukańczych gestów i zabawnych popiskiwań. Orban, podobnie jak PiS, nienawidzi Unii i marzy o jej zniszczeniu lub zastąpieniu porozumieniem rządzonych przez nacjonalistów państw, dlatego zawsze otrzyma poparcie ze strony innych nacjonalistów, ich strategiczny cel jest taki sam.
Ten sam jest też styl, żargon, poziom argumentacji i stosunek do prawdy ze strony nacjonalistów polskich, czyli obozu „dobrej zmiany” i propagandystów Putina. Ta sama pogarda prawdy, całkowite lekceważenie faktów, przemoc jako metoda odnoszenia się do przeciwników politycznych. Ukraina przeciwstawia się rosyjskiemu nacjonalizmowi i jest popierana przez państwa demokratyczne. PiS jednocześnie obsługuje atakowanie Putina i zwalczanie Unii Europejskiej. Jest to bardzo podobne do języka komunistów, który dowcipnie przedstawił Leszek Kołakowski, pisząc, że swoich poglądów tchórzliwie się wypieram i jednocześnie zbrodniczo się nimi chełpię. Istotą nacjonalizmu, tak jak systemów totalitarnych, jest nieustępliwość, mamy jej przykład w działaniach PiS-u jednej z twierdz nacjonalizmu w Europie. Dlatego pisowcy wolą płacić gigantyczne kary mimo tragicznej sytuacji finansowej, pozwalają gromadzić fortuny swoim lizusom i aparatczykom, nigdy nie przyznają racji oponentom i gotowi są na wszystkie kłamstwa i podłości, byle tylko utrzymać władzę. Władzy nie wolno nam oddać – coś w tym stylu kierowało polityką Lenina i jego następców. I to samo jest istotą polityki PiS-u. Władza nie pochodzi z wyborów, lecz wynika z tego, że my, nacjonaliści, mamy historyczną rację i władza tylko nam się należy, bo jesteśmy istotą polskości i religii. Będziemy rządzić zawsze. Ponuro to brzmi, ale lepiej mieć świadomość, z kim mamy do czynienia.



















