W trwającej obecnie kampanii prezydenckiej kandydaci spotykają się z zarzutami, że prowadzą kampanię niemerytoryczną, że unikają realnych problemów, takich jak służba zdrowia, podatki, edukacja, niezbędne reformy w systemie dopłat, bezrobocie, emigracja zarobkowa, emerytury i renty, górnictwo i niski przyrost naturalny. Są to zarzuty słuszne, ale kandydaci, którzy w wymienionych wyżej obszarach i paru innych zechcieliby wyjść poza ogólniki, banały, puste obietnice albo chcieliby powiedzieć prawdę, która najogólniej brzmi tak, że w żadnym najbogatszym nawet państwie na świecie nie udało się tych problemów rozwiązać, aby zadowolić wszystkich, najpewniej przegraliby wybory.
Człowiekiem, który jest symbolem udanej reformy gospodarczej i wielkiego sukcesu Polski jako kraju mającego odwagę podjąć trudne i niepopularne reformy jest profesor Balcerowicz. Tyle tylko, że nie odniósł on sukcesu w polityce, od dawna jest już tylko recenzentem innych, coraz bardziej zgorzkniałym i dość jałowym. Zapłacił wysoką cenę za odwagę częstego mówienia prosto w oczy trudnej do przyjęcia prawdy, że ludzie znajdujący się w trudnej sytuacji sami ponoszą odpowiedzialność za swój los. Zapłacił także za powtarzanie, że nikt nie ma prawa żądać od innych, aby opodatkowali się na jego rzecz, że bogactwo, dobrobyt, pomyślność w końcu i satysfakcja biorą się z pracowitości, wykształcenia, wysiłku, cierpliwości w dążeniu do celu, przedsiębiorczości i zaradności, a państwo nie może być gwarantem sukcesu każdego obywatela. Polityk, który z wyżej wymienionych stwierdzeń uczyniłby podstawę swojego programu wyborczego, nie miałby nie tylko większych szans w wyborach, ale nie mógłby skutecznie funkcjonować w polityce. A polityk, który twierdzi, że ma moralną słuszność, tylko ludzie nie są w stanie go zrozumieć i poprzeć, jest śmieszny. Polityk, który przegrywa w systemie demokratycznym, jest eliminowany z polityki. Można oburzać się na demokrację, że popiera ona i faworyzuje przeciętność, koniunkturalizm, pewien typ oportunizmu, ale takie oburzenie przegranych jest śmieszne, zaś gdy próbuje się je usprawiedliwić dodatkowymi czynnikami, np. fałszowaniem wyborów, staje się żenujące.
Z drugiej strony wybory nie mogą być wyłącznie festiwalem kłamstwa, demagogii, populizmu i pustosłowia, które mają zapewnić zwycięstwo. Same obietnice bez ograniczeń, jak czynią to prawie wszyscy kandydaci z wyjątkiem urzędującego prezydenta, także nie gwarantują sukcesu. Społeczeństwo – za pośrednictwem mediów lub bezpośrednio – pyta czasami, w jaki sposób kandydat doprowadzi do likwidacji bezrobocia, co zrobi, aby skrócić kolejki do lekarzy, jak zmniejszając podatki, zwiększyć wydatki na rolnictwo, emerytury, armię i edukację…? Gotowi do składania pustych obietnic politycy na takie pytania odpowiedzieć oczywiście nie potrafią, bo prawdziwa odpowiedź brzmi: tego nie da się zrobić w krótkim czasie, a postulaty jednoczesnego obniżenia podatków i wzrostu wydatków są wzajemnie sprzeczne.
Jest kwestią wyczucia, intuicji i talentu politycznego poruszanie się w niewielkim obszarze pomiędzy demagogią, a rzeczywistością, aby program polityczny był jednocześnie możliwy do realizacji, a z drugiej wytrzymywał w konfrontacji z populizmem i demagogią ludzi, dla których nie liczy się Polska, tylko dorwanie się do władzy.
Od wielkości do śmieszności jest tylko jeden krok – powiedział jeden z największych geniuszy politycznych i wojskowych, cesarz Napoleon. Dotyczy to także czasów obecnych. Jak pogodzić skuteczność z odpowiedzialnością, jak modernizować kraj, reformować to, co konieczne, a z drugiej strony nie dopuścić, aby kraj dostał się w ręce populistów, demagogów, frustratów i ludzi, dla których nienawiść do przeciwników, odwet i pogarda dla prawa oraz zasad demokratycznych są podstawą działania i prawdziwym programem zdobycia i utrzymania władzy. Wybory, które właśnie trwają i wchodzą w fazę decydującą, będą ważną praktyczną odpowiedzią na te pytania.
Nie za wszelką cenę
REKLAMA
REKLAMA




















