Po ostatnim mocnym spadku inflacji w ujęciu rok do roku w Radzie Polityki Pieniężnej pojawiły się głosy, że stopy procentowe mogłyby spaść już w tym roku.
Kilka tygodni temu napisałem, że w obecnej sytuacji wciąż wysokiej inflacji i dużej niepewności w kontekście tego, co się może wydarzyć, mówienie o obniżkach stóp procentowych jest przedwczesne, a nawet szkodliwe. Szkodliwe dlatego, że mogłoby stworzyć wrażenie, że właściwie wszystko jest już w porządku, że inflacja jest całkowicie pod kontrolą i że wystarczy tylko trochę poczekać, trochę, czyli relatywnie niedługo, i wrócimy do wzrostu cen na poziomie 2‒3 proc. w ujęciu rok do roku. Mogłoby to na przykład przełożyć się na większą chęć zaciągania kredytów, bo, owszem, dzisiaj jeszcze są drogie, ale za chwilę oprocentowanie spadnie w ślad za spadającą inflacją. A to z kolei mogłoby ograniczyć jej spadek z uwagi na wzrost popytu napędzanego tymi kredytami.
Faktem jest jednak, że przedstawiciele partii rządzącej i tej części Rady Polityki Pieniężnej, która została wybrana dzięki owej partii coraz odważniej mówią o obniżkach stóp procentowych. Zaczął Mateusz Morawiecki, potem dołączyli członkowie RPP. Oczywiście na szczęście nie mamy tu ostro stawianych tez. Słyszymy o możliwości rozpoczęcia cyklu obniżek, jeśli inflacja będzie dalej spadać. Ale nie wiemy co to dokładnie oznacza. Można się domyślać, że chodzi o poważniejszy spadek, gdzieś w granicach 7‒8 proc., o których mówi między innymi Adam Glapiński, szef NBP.
Tak, swoją drogą też uważam, że około 8 proc. na koniec roku jest możliwe. W takich krajach, jak USA wyrażanie jakichś oczekiwań w kwestii polityki monetarnej ze strony rządzących polityków, w przypadku wspomnianych Stanów Zjednoczonych na czele z prezydentem, nie należy do dobrego tonu. Tam kwestia rozdziału między rządem a bankiem centralnym jest absolutnie fundamentalna. Ale oczywiście bywało, że jakieś „marzenia” w tej kwestii były przez polityków artykułowane. Trudno się zatem dziwić Morawieckiemu, że mówi to, co mówi. Tym bardziej, że ma wybory przed sobą, a wysokie koszty kredytu doskwierają wielu rodzinom. Ulga w tym względzie przed aktem wyborczym może rządzącym pomóc. Tym bardziej, że znając Morawickiego moglibyśmy usłyszeć, że te obniżki stóp to także zasługa rządu. Byłoby to, delikatnie mówiąc, nadużycie, no, ale nie takie już rzeczy z ust szefa rządu słyszeliśmy.
Gorzej, jeżeli swoje oczekiwania w tym względzie zgłaszają członkowie RPP. Gorzej, bo przecież to oni decydują o stopach. A zatem tu można już zakładać jakieś większe prawdopodobieństwo, że rzeczywiście do obniżki stóp dojdzie. Oczywiście warunkiem ma być hamowanie inflacji, ale właśnie ze sprecyzowaniem, co to dokładnie oznacza, jest już gorzej. Co ciekawe, mówiący w ostatnim czasie wiele różny dziwnych rzeczy, także mijający się z prawdą choćby w kwestii oddziaływania NBP na kurs złotego Glapiński zachowuje tu więcej wstrzemięźliwości. To znaczy ma on nadzieję, że będzie można stopy w tym roku obniżyć, ale przypomina, że na razie Rada nie skończyła cyklu ich podwyższania. A zatem nic nie jest ani pewne, ani nawet wysoce prawdopodobne.
Inflacja spada, to fakt. Pisałem już dlaczego tak się dzieje. Efekt bazy i spadek światowych cen surowców i żywności nam sprzyja. Spadek wywołany głównie hamowaniem gospodarki. Z opóźnieniem dociera on na polski rynek, ale jednak dociera. Oczywiście w przypadku wielu surowców wpływ ich cen na inflację nie jest bezpośredni. Przykładowo aluminium czy rud żelaza nie ma w koszyku konsumpcyjnym, ale przecież są one składowymi rożnego rodzaju produktów, które się tam znajdują. Spada również wewnętrzna konsumpcja, czyli Polacy mniej kupują, choć uwzględniając wszystkie czynniki, na czele z obecnością w naszym kraju Ukraińców, z pewnością nie mamy tu załamania.
Ale nie zmienia to faktu, że spadek realnych wynagrodzeń i wyższe stopy procentowe działają. Jednak nie są kluczowym czynnikiem tego, ze inflacja roczna obecnie mocno idzie w dół. Piszę o tym nawiązując do tezy, którą postawiłem kilka miesięcy temu: łatwiej będzie zejść z inflacją z poziomu 18,4 proc. do poziomu 8 proc. niż z 8 proc. do 2,5 proc., czyli do poziomu, który chcemy docelowo osiągnąć. Choćby dlatego, że trudniej będzie opanować wewnętrzne, polskie czynniki inflacji. Wszystko wskazuje na to, że w drugiej połowie tego roku realne wynagrodzenia znowu będą na plusie. Czyli nasze możliwości zakupowe wzrosną. Jeśli do tego doszłoby ewentualne obniżenie kosztu kredytu, czyli obniżki stóp procentowych, to walka z inflacją będzie trudniejsza.
A to oznacza, że zwiększy nam się prawdopodobieństwo tego, co Stany Zjednoczone przechodziły w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Czyli powtórnego wzrostu inflacji i konieczności powtórnego podniesienia stóp, żeby te inflację wreszcie opanować. Oczywiście to nie była dokładnie taka sama sytuacja, jak obecnie w Polsce i stuprocentowych kalek robić nie można.
Moim zdaniem stopy powinny pójść w dół dopiero wtedy, kiedy inflacja osiągnie poziom mniej więcej stopy referencyjnej, czyli 6,75 proc., a najlepiej nieco niższy. Czy to jest możliwe w tym roku? Wszystko jest możliwe. Ale to scenariusz naprawdę ultraoptymistyczny. A co zrobi RPP, to już inna kwestia…




















