Na początku muszę zwrócić uwagę na jedną kwestię: nie ma na świecie czegoś, co moglibyśmy nazwać modelowym systemem emerytalnym. Tak samo jak nie ma na świecie modelowego systemu zabezpieczenia zdrowia. Czemu? Bo niestety nie dysponujemy takimi zasobami, aby wszystkich zadowolić i realizować wszystkie pomysły. Poza tym niestety się różnimy. I to, co jedni uznają za sprawiedliwe, inni odsądzają od czci i wiary. Jeśli emerytury wynosiłyby tyle, ile sami sobie na nie odłożymy, to dla jednych jest to uczciwe, a dla innych promowanie na przykład tych, którzy więcej zarabiają. Bo im jest łatwiej więcej odkładać. A przecież nie zawsze jest tak, że więcej zarabiają lepsi, zdolniejsi, bardziej pracowici. No i dyskusja się zaczyna.
Ale pewne zasady jednak istnieją. A najważniejsza jest ta, że z pustego to i Salomon nie naleje, lub, jak kto woli: żeby płacić, trzeba mieć z czego. I nie ma w tym kontekście znaczenia, czy mówimy o finansowaniu emerytur ze składek emerytalnych, tak jak się to dzieje obecnie, czy bezpośrednio z budżetu państwa. Po prostu skądś trzeba wziąć pieniądze.
Największym problemem jest to, że każde dostępne badanie wskazuje perspektywę zwiększania się w Polsce liczby emerytów w stosunku do pracujących. W takiej sytuacji, jeśli nie wydłużymy wieku emerytalnego, mamy trzy możliwości. Albo podniesiemy składki rentowe, albo zwiększymy transfery do systemu bezpośrednio z budżetu państwa, albo zmniejszymy świadczenia, czyli emerytury i renty. Pierwsze rozwiązanie jest fatalne, bo będzie nas wpychało w szarą strefę. Zresztą jednym z głównych postulatów ostatnich wielu lat było zmniejszenie, a nie zwiększenie, pozapłacowych kosztów pracy. Drugie oznacza konieczność wygospodarowania jakichś pieniędzy w budżecie. Na oszczędności rzędu miliardów, jeśli nie kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie nie ma co liczyć. Nie będzie na to zgody społecznej. Czyli trzeba by było podnieść podatki, i to wyraźnie, co z pewnością także spotkałoby się z oporem. Pozostaje zatem ostatnia opcja, czyli obniżenie świadczeń. Ale to oznacza, że dla wielu emerytów i rencistów będą one jeszcze bardziej głodowe niż obecnie. I nie ma, proszę mi wierzyć, innej opcji.
To znaczy jest. Wyraźny wzrost gospodarczy połączony z wyraźnym wzrostem liczby miejsc pracy i pracujących. Tylko że łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. To trochę tak, jak z ograniczeniem oszustw związanych z podatkiem Vat. Trzeba to zrobić, gorzej jednak wygląda sytuacja w praktyce. Każdy próbuje, a jest, jak jest. Jednak nawet jeśli zahamujemy negatywną tendencję wzrostu liczby pobierających świadczenia w stosunku do pracujących, to nie zrobimy tego w ciągu kilku lat. To jest długotrwały proces. Poza tym w takiej sytuacji będzie to oznaczało, że wyraźnie poprawimy realia demograficzne, co nie jest proste. Jak zmusić ludzi do tego, żeby chcieli mieć więcej dzieci? Albo, to druga opcja, zdecydujemy się na przyjmowanie imigrantów, ale widać już dzisiaj, że może być z tym problem. Tym bardziej że w perspektywie kilkudziesięciu lat nie mówię tutaj o kilkudziesięciu tysiącach, tylko raczej o milionach ludzi.
Co zatem zrobić? Propozycja prezydenta, nawet jeśli wejdzie w życie, nie zawali budżetu państwa ani finansów publicznych w ciągu najbliższych kilku lat. A nowe koncepcje i tak będzie trzeba przygotować. I taki jest chyba pomysł złożenia tej propozycji: żeby wilk był syty i owca cała, przynajmniej na razie.
Choć jest jeszcze jedna furtka. Prezydent podkreślał, że w jego koncepcji obniżenie wieku oznacza, że możemy, ale nie musimy na emerytury przechodzić. Więc być może i tak będziemy pracować dłużej, niż będzie to wynikało z przepisów, bo emerytury będą tak mizerne, że po prostu żyć się z nich nie będzie dało.
Projekt emerytalny prezydenta
REKLAMA
REKLAMA




















