Repolonizacja banków to odebranie banków kapitałowi zagranicznemu. Faktem jest bowiem, że zdecydowana większość polskiego systemu bankowego, przynajmniej około dwie trzecie, bez względu na to, czy bierzemy pod uwagę wartość aktywów, kapitał własny, czy inne wielkości, należy do firm zagranicznych. Jest to zresztą dość nadzwyczajna sytuacja, szczególnie gdy porównamy się z najważniejszymi krajami rozwiniętymi – w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii większość systemu bankowego należy do właścicieli lokalnych.
Dokonywana głównie w latach dziewięćdziesiątych sprzedaż polskich banków inwestorom zagranicznym miała doprowadzić do zwiększenia kapitału w systemie bankowym, poprawy efektywności działania, zwiększenia oferty produktowej, poprawy wiarygodności systemu, a także miała być elementem zachęcającym inwestorów z innych branż do działalności w Polsce. Czyli najkrócej mówiąc: kapitał, know how i poprawa wiarogodności. Dodatkowo do budżetu państwa wpływały środki, które, niestety, głównie wydawane były na bieżące potrzeby. O teorii spiskowej, czyli o świadomym doprowadzeniu do penetrowania Polski przez zagranicę, wyprzedaży majątku narodowego itd. itp., nie wspominam jakoś dogłębnie, choć z pewnością jest wielu wyznawców tej koncepcji. Nawet jeśli w nią nie wierzymy, to musimy stwierdzić, że fakt posiadania zagranicznego właściciela przeszkadzał niektórym bankom w prowadzeniu pełniej działalności w Polsce na przykład w okresie kryzysu 2009 roku czy też później, kiedy zaczęto wprowadzać w Europie inny system zarządzania i kontroli nad bankami.
Można polemizować z tezą o napływie know how czy wzbogacaniu bazy produktowej. Pewnie dałoby się to samo zrobić, wysyłając pracowników na szkolenia. Znam zresztą przypadki, kiedy to zagraniczne systemy, normalnie kupowane na rynku i udoskonalane przez polskich pracowników, okazywały się lepsze od oryginalnych. Trudno jednak polemizować z tezą, że kapitał rzeczywiście napłynął, że banki stały się przez to silniejsze, że wzrosła konkurencja w systemie i że niektórym zachodnim inwestorom łatwiej było współpracować z „ich” bankami niż z polskimi. Zawsze jednak można zadać pytanie przynajmniej o to, czy rzeczywiście trzeba było tych banków sprzedawać aż tyle. Miałem tu wątpliwości kilkanaście lat temu, mam i dzisiaj.
W każdym razie dość szybko po wydarzeniach 2008 roku pojawiło się hasło repolonizacji polskich banków. Co ciekawe, pojawiło się ono ze strony tych, którzy jeszcze niedawno byli zdecydowanymi zwolennikami ich sprzedawania. Oczywiście faktem jest, że realia się zmieniły i z faktu, że ktoś był za sprzedażą w latach dziewięćdziesiątych, a teraz jest zwolennikiem procesu odwrotnego, nie musi wynikać sprzeczność. Pewne rzeczy jednak się wydarzyły, proces sprzedaży spełnił zatem, przynajmniej w części, pokładane w nim nadzieje. Jednak, powtórzę to jeszcze raz: dzisiaj jest już chyba coraz bardziej jasne, że aż takiej części systemu bankowego nie musieliśmy sprzedawać.
Tak czy inaczej, o repolonizacji mówi coraz większa część polityków. I nie tylko polityków zresztą. Ostatnie dwa kryzysy, czyli rynków finansowych z lat 2008 – 2009 i europejski zadłużeniowy, z którego właściwie jeszcze nie wyszliśmy, dobitnie pokazały, że kapitał, którym dysponują właściciele banków, ma jednak narodowość. Ileż to razy słyszeliśmy na przykład o tym, że jakiś bank ograniczał działalność w Polsce w jakimś segmencie, żeby móc ją kontynuować w swojej ojczyźnie.
Mamy jednak dwa problemy związane z pojęciem repolonizacji. Pierwszy to jego znaczenie. Przysłuchując się bowiem dyskusji, odnoszę wrażenie, że część osób, mówiąc o repolonizacji, ma na myśli de facto zwiększenie udziału państwa w systemie bankowym, czyli oddanie tego systemu pod większą kontrolę Skarbu Państwa. Pod taką kontrolą jest de facto PKO BP, BOŚ i BGK. Podobnie może się stać z Alior Bankiem, bo transakcja zakupu 25% akcji tego banku przez PZU do tego nas zbliża (PZU jest przez Skarb Państwa kontrolowane). Tak na marginesie; repolonizacja Alior Banku była w toku od wielu miesięcy, zagraniczny inwestor pozbył się bowiem przez giełdę części akcji i nie był już większościowym udziałowcem banku.
Są i tacy, którzy repolonizację rozumieją nie jako zwiększenie udziału Skarbu państwa w polskim systemie bankowym, ale prywatnych polskich udziałowców. Z pewnością ten kierunek byłby zdecydowanie bardziej właściwy. Jednak w obu przypadkach rozumienia repolonizacji pojawia się jeden problem: kapitał.
Żeby dokonać repolonizacji, trzeba mieć pieniądze. No chyba, że dokonamy nacjonalizacji, ale takiego wariantu nie zakładam. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę dzisiejsze możliwości największych kontrolowanych przez państwo spółek, to środków może być jednak zbyt mało. Jeszcze gorzej, jak się wydaje, wygląda sytuacja ewentualnych prywatnych inwestorów. No i oczywiście trzeba także wspomnieć o tym, że aby ktoś mógł kupić, to ktoś inny musi chcieć sprzedać.
Tak czy inaczej, jestem absolutnym zwolennikiem procesu repolonizacji, szczególnie w rozumieniu zwiększania w systemie udziału polskich niepaństwowych właścicieli. Trudno, żebym miał inne zdanie, skoro nigdy nie byłem orędownikiem tak masowej sprzedaży polskich banków zagranicznym inwestorom. Jednak, moim zdaniem, proces ten będzie trudny i długotrwały.
I na koniec jeszcze jedna kwestia. Tak na prawdę proces repolonizacji już trwa. Przejęcie przez PKO BP Nordea Bank, wyzbywanie się przy pomocy GPW akcji przez większościowego udziałowca Alior Banku, wchłoniecie przez Gettin Noble sporej części DNB to nic innego, jak właśnie repolonizacja. I to taka, która dzieje się bez żadnego politycznego wpływu.
Repolonizacja banków
REKLAMA
REKLAMA




















