Przed laty do kanonów dziennikarstwa polskiego należały informacje o „zimie, która zaskoczyła kierowców”. Dzisiaj już mało kto z piszących koleżanek i kolegów używa tego określenia, bo – po pierwsze – w ostatnich latach, z wyjątkiem ostatniego roku, zima była mizerna, nie była zdolna do zaskakiwania. Po drugie, jeśli już sypnie śniegiem, od razu staje się jasne: drogowcy będą zaskoczeni. Co to więc za informacja? To tak, jakby napisać, że po niedzieli przychodzi poniedziałek, a po środzie czwartek.
Kilka dni temu drogowcy dali się zaskoczyć na odcinku drogi krajowej nr 73 w Lisiej Górze pod Tarnowem, wskutek czego zaśnieżona i oblodzona droga została zablokowana. O możliwych tego dnia opadach śniegu informowano z dużym wyprzedzeniem, ale być może drogowcy należą do tej grupy, która nie wierzy już w zimę, tak jak z czasem przestaje się wierzyć w świętego Mikołaja. Ale śnieg, podobnie jak św. Mikołaj, jednak przychodzi i on na pewno jest prawdziwy. Jak już wspomniałem, w przeszłości śnieżna zima rozdawała prezenty prasie polskiej w postaci tematów i prasa wyżywała się na uśpionych drogowcach.
Dziś każdy przyzwyczaił się do podobnej sytuacji, nikogo ona nie dziwi, wiadomo, że śnieg i lód wygrają z drogowcami. Oni zaś dzielnie podtrzymują starą tradycję ciągłego trwania w stanie zaskoczenia. I, jak udowadnia praktyka, w celu utrwalenia tej tradycji szczerze się starają.
Stan zaskoczenia
REKLAMA
REKLAMA




















