Związkowi liderzy i politycy schowani za okupującymi nierentowne kopalnie górnikami zanim przystąpili do rozmów z przedstawicielami rządu i pracodawców (Kompanii Węglowej), zażądali, aby strona rządowa odwołała swój program restrukturyzacji górnictwa opierający się przede wszystkim na sensownym założeniu, że przynoszące od dawna gigantyczne straty, wyeksploatowane i nierokujące żadnych perspektyw kopalnie należy zamknąć, aby ratować pozostałe. Domaganie się, aby przed rozmowami z góry przyjąć stanowisko górniczych związkowców czyni dalsze rozmowy bezprzedmiotowymi. Jest to w istocie domaganie się po raz kolejny kapitulacji ze strony rządu, kontynuowanie dopłacania do przynoszących straty zakładów, zgoda na istnienie równych i równiejszych pracowników, ustępowanie wobec szantażu i groźby użycia siły przez szantażystów.
Od samego początku odzyskania wolności i niepodległości, a także w czasach PRL górnicy cieszyli się szczególnymi przywilejami. W PRL byli faworytami kolejnych reżimów, stawiani za wzór socjalistycznej pracy i wydajności, obsypywani przywilejami i nagrodami. W warunkach koniunktury na węgiel, a ta utrzymywała się przez wszystkie lata PRL‑u i kilka lat następnych, górnicze przywileje można było jakoś uzasadnić i usprawiedliwić. Ale w warunkach gospodarki rynkowej, w sytuacji, gdy firmy bankrutowały, nie wytrzymując konkurencji, utrzymywanie przywilejów wbrew rachunkowi ekonomicznemu i zdrowemu rozsądkowi stawało się coraz bardziej anachroniczne i irytujące. Ale wszystkie kolejne rządy jak ognia bały się przystąpić do poważniejszej reformy górnictwa, coraz bardziej archaicznego, niewydolnego, obrosłego przywilejami, związkowcami i politykami żyjącymi z tych przywilejów.
Mechanizm był prosty – reszta społeczeństwa musi dopłacać do nierentownych kopalń, tam pracujący ludzie muszą dużo zarabiać bez względu na rachunek ekonomiczny, bo jeśli nie, to „zdesperowani” górnicy przyjadą do Warszawy, obalą rząd, Sejm, zdemolują miasto i utrzymają swoje przywileje.
Przez 25 lat ta prymitywna taktyka okazywała się zdumiewająco skuteczna. Przed szantażystami kapitulowały kolejne rządy, zawsze były jakieś wybory, zawsze moment był nieodpowiedni, zawsze też znajdowali się politycy, dziennikarze, polityczne lizusy, pożyteczni idioci, moraliści, obrońcy uciśnionych, zwyczajni głupcy gotowi do obrony „miejsc pracy”, a zwłaszcza „godnych” warunków życia i „godnej” płacy. Doprowadziło to w końcu, przy światowym spadku cen węgla, do takiego kryzysu i strat w górnictwie, że dalsze tolerowanie dopłacania już nie milionów a miliardów do nierentownych kopalń zaczyna zagrażać utrzymaniu wzrostu gospodarczego.
Rząd Ewy Kopacz jest pierwszym rządem, który zdecydował się przerwać ten ekonomiczny i społeczny oraz polityczny absurd. Robi to w sposób bardzo łagodny, niezwykle wprost miękko, wprowadzając gigantyczne odprawy, osłony socjalne i inne dla pracowników zamykanych kopalń. Stara się przeprowadzić reformę polegającą na tym, że do nierentownej branży będzie trzeba dopłacać trochę mniej, że skończą się przywileje dla zakładów, które przynoszą straty, że nastąpi powiązanie kondycji ekonomicznej zakładu z sytuacją materialną jego pracowników.
To wszystko wywołało oczywiście furię górniczych związkowców i podpuszczanych przez nich ludzi. Żadnych poważnych rozmów nie będzie, związkowcy żądają oczywiście od rządu kapitulacji i wierzą, że przy pomocy rzucanych w policjantów śrub i obelg, opon, wyzwisk i szantażu, a także strajków, awantur ulicznych itp. przestraszą kolejny rząd i wszystko zostanie po staremu. Mam nadzieję, że nie.
Szantażyści
REKLAMA
REKLAMA




















