Wydaje mi się, że czas, jaki upłynął od wyczekiwanego i miejscami groteskowego spotkania Trumpa z Putinem na Alasce, pozwala na ocenę tego, co się wydarzyło z pewnego dystansu. Do tego dochodzi ucieczka Batyra przed spotkaniem z przywódcami europejskimi i samym Trumpem, myślę że spowodowana banalnym powodem – Batyr nie mówi po angielsku, co jednak jest poważną przeszkodą do sprawnego poruszania się w obszarze polityki zagranicznej. Swoją drogą dobrze się stało, że świat nie zobaczył dukającego i bredzącego coś prezydenta Polski, o wyglądzie i życiorysie (delikatnie mówiąc) mało dostojnym. Każde pokazywanie Batyra to obciach, ale on z typową dla ignorantów zajadłością będzie zgodnie z regułą niekompetencji szczególnie uaktywniał się w tych obszarach, w których powinien się schować. Właśnie jego wkraczanie w obszar polityki zagranicznej, zapowiedź wizyty w USA i Watykanie (jako przykładny katolik chce pokazać się wraz z pobożną małżonką, stojąc obok papieża) są kolejnymi potwierdzeniami zasady, że im ktoś bardziej niedouczony, tym bardziej udaje uczonego. Podobno w czasie wideokonferencji z Trumpem, Batyr (takie były informacje w internecie) niezwykle zirytował amerykańskiego prezydenta (też nie orła przecież, ale znacznie sprytniejszego) swoimi uwagami i historyczną „analizą” Bitwy Warszawskiej w 1920 roku. Najpewniej Trump nie mógł zrozumieć, o co temu człowiekowi chodzi, jaki jest związek wydarzeń sprzed ponad 100 lat z obecną polityką?
Ale już widać, że pokoju na Ukrainie nie będzie, a przynajmniej pokoju, który by oznaczał wyrwanie Ukrainy spod dominacji Rosji, a także istnienie demokratycznej, prozachodniej, niepodległej Ukrainy, nawet w ewentualnie innych granicach. To nie jest wojna o granice, a w każdym razie nie przede wszystkim o granice. To jest wojna o przekreślenie planów Putina, odbudowanie imperium carskiego lub sowieckiego, a kluczowym elementem tego imperium była podporządkowana Moskwie Ukraina. Może tego nie wiedzieć lub nie rozumieć Trump, generalnie ignorant w większości spraw, z wyjątkiem zarabiania pieniędzy. Ale z pewnością rozumieją to przywódcy europejscy. Próbował to uświadomić amerykańskiemu prezydentowi prezydent Finlandii, przypominając o wojnie zimowej, wojnie kontynuacyjnej i wymuszonym przez Stalina pokoju z 1944 roku. Do tego, aby Ukraina mogła być bezpiecznym sąsiadem Rosji potrzebne jest wyraźne zwycięstwo na froncie i solidne oparcie w zachodnich gwarancjach, pomocy w uzbrojeniu, wsparciu ekonomicznym i politycznym. Na razie takiego wsparcia udzielają tylko kraje Unii i dlatego obóz nacjonalistyczny w Polsce atakując, zwalczając i podcinając nasze relacje z Unią działa na korzyść Putina, przeciwko Ukrainie i przeciwko żywotnym interesom Polski. I nie jest ważne, co mówi i robi PiS. Jest w wymiarze strategicznym sojusznikiem Putina, tak jak Orban, Fico, Le Pen, AfD i inni nacjonaliści.
To, o czym marzy Putin, to podział świata nie na wzór jałtański, bo w Jałcie były jednak elementy poszanowania demokracji, zobowiązania Stalina do przeprowadzenia wolnych wyborów itp., wszystkie złamane i podeptane, ale były i można było się do nich w odpowiednim momencie odwołać. Putin marzy o pakcie Ribbentrop – Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Wtedy wszystko było jasne, bez żadnych względów dla takich bzdur jak demokracja, prawa narodów i różne takie. Ten kraj nasz, ten kraj wasz i wszystko jasne. Takiego paktu jednak nawet Trump nie może podpisać i dlatego Putin będzie kluczył i zwlekał, ale nie wycofa się ze swoich planów, chyba że zostanie pobity. Dlatego, jak wszystko w dziejach państw i narodów, i ten konflikt skończy się na polu walki, zadecyduje siła. O ile o Putnie można powiedzieć, że jest nowszą wersją Stalina i zawsze warto pamiętać o jego „historycznej” wypowiedzi, której nigdy nie odwołał ani nie prostował, że największym nieszczęściem XX wieku był rozpad Związku Radzieckiego, o tyle Trump w żadnym wypadku nie jest dyktatorem, który może decydować o losach państw i narodów, nie ma ani on, ani nikt inny takiej możliwości. Sytuacja na świecie jest inna i w tym sensie czas, gdy o losach narodów państw i ich granicach decydowała wola jednego człowieka minął chyba bezpowrotnie? Co prawda, jego wypowiedzi na temat Kanady, Grenlandii i Panamy mogłyby na to wskazywać, ale jak widać były raczej farsową stroną polityki wielkiego mocarstwa. Ciężar decyzji i odpowiedzialności za losy świata coraz bardziej przesuwa się w stronę Europy. To w sumie dobrze dla Polski, a źle dla nacjonalizmów, w tym oczywiście dla tych występujących w siermiężnej i odpychającej formie jak nacjonalizm w Polsce.
W Polsce obserwujemy radosne wzmożenie po stronie kliki Kaczyńskiego, która już dzieli stanowiska i zachowuje się tak, jakby kwestia władzy była przesądzona, bo jak wiadomo władza należy się Kaczyńskiemu, a wszystko co stoi na tej drodze jest antypolskie, antykatolickie, antynarodowe, niemieckie i podłe. To, co dziś wychodzi z ust polityków PiS, to przede wszystkim groźby pod adresem przeciwników i zapowiedzi, na ile lat więzienia zostaną skazani i jak będą cierpieć zdrajcy i łotry, którzy ośmielili się sprzeciwiać woli ojca narodu i zbawcy ojczyzny. Nawet już sugerują, aby tacy wrogowie Polski i agenci Niemiec, jak Tusk i Bodnar uciekali z Polski. To chyba w mentalności Kaczyńskiego jakiś rodzaj nadzwyczajnego złagodzenia kary. Zaprawdę wielkie jest miłosierdzie Kaczyńskiego. Przekonanie nacjonalistów, wielu publicystów i polityków przebierających nogami w kolejce po łaski przyszłego władcy Polski, może jednak okazać się co najmniej przedwczesne. Jak pisze Rafał Kalukin: ”Przyszła prawicowa koalicja wcale nie musi okazać się aż tak naturalna, jak się potocznie dzisiaj uważa. Nie wydaje się bowiem, żeby Konfederacja była skłonna wejść w układ z PiS w roli przystawki. Sugerował to publicznie nie tylko Mentzen, ale też przychylniejszy prawicowemu sojuszowi Bosak. I raczej nie jest to z ich strony jedynie taktyczne zasiewanie wątpliwości, lecz autentyczna obawa przed drapieżnym instynktem Kaczyńskiego, który faktycznie nie wydaje się zdolny do budowania partnerskich relacji, nawet kiedy wymaga tego polityczny interes… Czekają nas zatem najpewniej dwa lata brutalnej licytacji po prawej stronie. Ze skutkami trudnymi na razie do przewidzenia, gdyż równie dobrze może to prowadzić do faszyzacji polskiej polityki, jak i zdemobilizować prawicowy elektorat, który pogubi się w tej grze o dominację” („Rozprawa po prawej”, „Polityka”, 13-19.08.2025 r.).
W polskiej polityce z reguły dzieją się rzeczy gorsze niż lepsze, a jak ma się spełnić jakiś czarny scenariusz to się spełnia i raczej będzie to faszyzacja oraz brunatnienie sceny politycznej niż jej liberalizacja i podwyższenie poziomu kultury debaty. Ale na razie trudno przewidzieć, co się wydarzy. Na sytuację światową i także polską nakłada się odwieczny spór twardogłowych i liberałów, a w wymiarze amerykańskim „jastrzębi i gołębi”. Widoczny on jest także w ekipie Trumpa, gdzie Rubio to „gołąb”, a Vance „jastrząb”, ale o wszystkim decyduje Trump, do którego ciągle nie może dotrzeć dość oczywista prawda, że Putin gra na czas i żadnego pokoju na Ukrainie nie chce. Zarysował się on także w Jałcie i to w wymiarze farsowym, gdzie Roosevelt i Churchill byli dyskretnie przekonywani, aby ustąpili Stalinowi, bo on chce jak najlepiej, ale jest szantażowany przez twardogłowego Mołotowa i dlatego trzeba popierać „liberała” Stalina.
Jak trafnie pisze publicysta „GW”: „Podział, z jakim mamy do czynienia w Polsce, ma głównie charakter tożsamościowo-kulturowy, a klucz do wyborczego zwycięstwa kryje się w mobilizacji swojego obozu. Obecne sondaże są korzystne dla ‘republikanów’. Ale to nie oznacza, że w wyborach za dwa lata demokraci są skazani na porażkę. Co powinna zrobić obecna koalicja rządząca, by wygrać wybory w 2027 roku, dobrze opisał Witold Gadomski (m. in. przekonywać, że alternatywa dla rządów Koalicji 15 Października może być katastrofalna – bo przytłaczająca większość Polaków chce być w Unii Europejskiej, a rządy PiS i Konfederacji mogą doprowadzić do polexitu)” (Andrzej Machowski, „Demokraci i republikanie, wersja PL”, „Gazeta Wyborcza” 19.08.2025 r.).
Reszta zależy od bardzo wielu zmiennych okoliczności. Nie bez znaczenia jest poziom wiedzy, inteligencji i wyczucia politycznego ze strony Batyra, który wyrasta na lidera prawicy, co może się odbyć tylko kosztem starzejącego się i niedołężniejącego intelektualnie oraz charakterologicznie, ale mającego za to ogromne polityczne doświadczenie Kaczyńskiego. Jego falstart polegający na nieobecności na naradzie u Trumpa, co można chyba tylko wytłumaczyć lękiem wobec słabej znajomości angielskiego albo trudną do wyjaśnienia kalkulacją, że w ten sposób zaszkodzi Tuskowi, w połączeniu z fatalnym zawetowaniem ustawy o obniżeniu cen energii to dobra zaliczka dla rządu i personalnie dla premiera. Zdążył też uwikłać się z Tuskiem w spór o Cenckiewicza, postać obrzydliwą i skompromitowaną opluwaniem Lecha Wałęsy i udziałem w komisji, która miała wyeliminować z polityki Donalda Tuska, a teraz najpewniej wyeliminuje Cenckiewicza. Tego sporu Batyr wygrać nie może i nie wygra, bo zawsze pozostanie jakiś osad i cień podejrzeń wobec człowieka odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa. Ile trzeba nienawiści i złej woli, aby zaczynać urzędowanie od tak łatwego do przewidzenia konsekwencji błędu. I to robi człowiek, który ma pełną gębę Pana Boga i demonstruje swoje głębokie przywiązanie do religii i miłości. Jak to podobne do Brauna, który zaczyna każde wystąpienie od „Szczęść Boże” i Macierewicza, który zaczyna od „Z Panem Bogiem”.




















