Ustawa o elektromobilności

0
Marek Zuber
REKLAMA

Jeździliście Państwo kiedyś samochodem elektrycznym? Ale nie meleksem, tylko takim w pełni użytecznym środkiem transportu, który rzeczywiście mógłby zastąpić auto spalinowe? Z mojego punktu widzenia, a dodam, że jestem miłośnikiem motoryzacji, taki samochód ma sporo zalet. Stały moment obrotowy silnika elektrycznego powoduje, że jest on optymalnie elastyczny. Ma mniej elementów potencjalnie mogących się zepsuć, a zatem jest tańszy w obsłudze serwisowej. No i jazda jest znacznie tańsza. Przejechanie stu kilometrów autem klasy golfa to równowartość w porywach półtora litra paliwa. „Elektryk” wprowadza nas także w świat bardziej dbających o środowisko – napęd jest bardziej ekologiczny. Czy w pełni? Różnie z tym bywa – przecież prąd, który napędza elektryczny silnik musi gdzieś powstać. O ekologii napędów elektrycznych mogą z pewnością mówić Norwegowie, którzy ponad 98% energii elektrycznej produkują z wody. W Polsce, opartej na węglu, już tak dobrze nie będzie. Warto jeszcze dodać, że samochód elektryczny generalnie jest cichszy od swojego spalinowego brata. Choć nie zawsze, o czym za chwilę.
Jest też jednak parę wad. Dwie najczęściej podkreślane to zasięg i czas ładowania. I możemy sobie różne rzeczy opowiadać, ale póki co nie ma technologii, która może te dwie wady wyprostować w taki sposób, aby „elektryk” był porównywalny do auta spalinowego. Te dwie wady można jednak jakoś przeżyć, jeśli użytkujemy tylko w mieście, gdzie rzadko kiedy przejeżdżamy więcej niż 100 km. A z takimi odległościami współczesne pojazdy elektryczne sobie radzą bez problemów. W nocy auto ładujemy i wszystko jest ok. Pod warunkiem oczywiście, że jednak od czasu do czasu nie przyjdzie nam do głowy wyjechać gdzieś dalej.
Najważniejszą dla mnie wadą, przynajmniej w naszym kraju, jest jednak cena. Jakby na to nie patrzeć, póki co pojazdy elektryczne są dużo droższe od spalinowych. Dużo to znaczy razy dwa. Oczywiście możemy się spierać o szczegóły. Ktoś powie, że tesla model s nie jest dwa razy droższa od pojazdu z porównywalnymi osiągami. Dobrze, przyjmę to do wiadomości. Ale droższa jest z pewnością. Tu zresztą warto zwrócić uwagę na jedną kwestię. Każdy do porównań, szczególnie pod kątem zasięgu, bierze te modele tesli, które ten zasięg mają największy. Dzisiaj będzie to około 500 km. Problem w tym, że takie auta są już horrendalnie drogie. Bo w aucie elektrycznym najdroższe są baterie. Na przykład SUV tesla, czyli model X o maksymalnym zasięgu to wydatek miliona złotych. Cenowo zbliżamy się więc do bentleya bentaygi. Tak, tak proszę Państwa – do bentleya! To ta półka cenowa. Przy czym zasięg podawany przez producenta osiągniemy, jadąc w porywach 90 km na godzinę bez wiatru, z wyłączoną klimatyzacją. I to tylko wtedy, kiedy nie jest zbyt zimno, ani zbyt gorąco.
A na marginesie: bentley okazuje się cichszy, co oznacza, że tesla jednak na czymś musi oszczędzać, inaczej cena byłaby jeszcze wyższa. Albo po prostu amerykański producent jeszcze chwilę musi popracować nad udoskonaleniem swoich pojazdów – w końcu dopiero 15 lat temu zaczął swoją przygodę z motoryzacją.
Schodząc na ziemię. Jeśli chcemy kupić samochód elektryczny, mówimy o wydatku na poziomie minimum 100 tysięcy złotych. Tyle mniej więcej zapłacimy za renault zoe. To klasa np. toyoty yaris, która kosztuje połowę tej kwoty. Nieco większy nissan LEAF kosztuje już ponad 130 tysięcy, czyli znowu dwa razy więcej niż porównywalny np. vw golf. LEAF lepiej przyspiesza, ale golf ma większą prędkość maksymalną. Oczywiście mówię o golfie za około 70 tysięcy PLN.
Do czego zmierzam? Ano do tego, że nowa ustawa o elektromobilności, która za chwilę da możliwość podjęcia decyzji o zakazywania wjazdu do centrów miast samochodami spalinowymi, zmusi nas realnie do rezygnacji z przemieszczania się pojazdami w ogóle, albo będzie ustawą dla najbogatszych. Bo kogo będzie stać na „elektryka”? A nawet jeśli stać będzie, to w zasadzie wypadałoby mieć drugi samochód do „normalnej” jazdy po Polsce. Kogo będzie na to stać? Jest jeszcze oczywiście druga opcja: mianowicie ktoś nam do przyjemności posiadania auta elektrycznego dopłaci. Państwo, samorząd? Nie wiem kto, ale ktoś. Ostatnio przeczytałem artykuł, w którym autor podkreśla wielki sukces tesli modelu S – to duży sedan, które sprzedaje się w USA nie tylko lepiej niż na przykład mercedes klasy S. Sukces oczywiście jest. Choć pierwsze pytanie, czy model S jest konkurencją dla s klasse, czy raczej dla e klasse, bo wtedy porównanie już tak dobrze nie wypadnie. Cenowo z pewnością do s klasse. Ale najważniejsze jest to, że autor nawet nie zająknął się na temat dopłat do samochodów elektrycznych. Otóż tesle sprzedają się naprawdę dobrze tylko tam, gdzie ktoś, czyli władze do nich dopłacają. Bywa, że ponad 30% ceny katalogowej. To też jest główne źródło sukcesu tesli w rodzimej Kalifornii. Warto o tym pamiętać, gdy buduje się ambitne strategie elektromobilności.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze