Zanim poznaliśmy plany rządu, najpierw dowiedzieliśmy się, co jest. Otóż, zdaniem premiera i ministrów, nie jest źle. Oczywiście pojęcia „dobrze”, „źle” są dość miękkie, w dodatku różni obywatele mogą rożnie odbierać rzeczywistość. Faktem jest jednak, że gospodarka powoli wychodzi z bardzo silnego spowolnienia. Wzrost gospodarczy ustabilizował się na poziomie powyżej trzech procent, o czym dowiedzieliśmy się oficjalnie już po wystąpieniach członków rządu. Opublikowano bowiem dane o wzroście PKB w drugim kwartale. Jedynym poważnym zagrożeniem dla tego wzrostu jest sytuacja na wschodzie Europy, która, delikatnie mówiąc, nie do końca zależy od działań Polski. Tak czy inaczej, w gospodarce obiektywnie się poprawia, spada bezrobocie i to nie tylko sezonowe, rosną realne wynagrodzenia. Choć to ostanie bardziej wolno, dlatego, że inflacja jest zerowa. A nawet ujemna.
Dowiedzieliśmy się także o poprawie sytuacji finansów publicznych. No, tu interpretacja nie jest już tak oczywista. Faktem jest, że jakieś działania porządkujące w tej sferze zostały w ostatnich latach podjęte, ale trudno tu mówić o rewolucji. No chyba, że w kontekście samorządów, którym po prostu zakazano zadłużania się, bo tak można kolokwialnie zinterpretować zmiany przepisów sprzed trzech lat. Gorzej wygląda sytuacja w finansach centralnych. Gorzej, jeśli chodzi o porządki. Skąd zatem poprawa? No oczywiście głównie z tytułu zmian w OFE. Dług spadł, bo umorzono część obligacji. W dodatku nie trzeba teraz dopłacać do FUS‑u kilkunastu miliardów złotych rocznie, więc zostają one w budżecie. Jak do tego dodamy wciąż wyższe, przejściowo jak pamiętamy, stawki VAT i zamrożenie płac w budżetówce, to wiemy już, skąd rzeczona „poprawa”. Oczywiście mamy problem z wpływami VAT-u do budżetu w sensie, że są one niższe, niż prognozowano, ale nie zmienia to faktu, że zapewne byłyby jeszcze niższe, gdyby nie wzrost stawek. Tych, którzy wyznają krzywą Leffera, czyli w skrócie: im większe stawki podatkowe, tym relatywnie niższe wpływy, od razu informuję, że akurat w tym przypadku nie wierzę, choć faktem jest, że głównie na poziomie wiary mogę to rozpatrywać, w spadek wpływów z tytułu podwyżki. Głównie dlatego, że była ona bardzo niewielka, jeden punkt procentowy. Relatywnie niższe wpływy to zapewne efekt zwykłych przekrętów, o czym zresztą wiemy coraz więcej, choćby na rynku stali, oraz wyraźnie rosnącego eksportu. Ktoś zapewne nie doszacował szczególnie tego ostatniego efektu. Eksporter dostaje przecież zwrot VAT.
No i jeszcze jeden element poprawia sytuację finansów publicznych, a mianowicie relatywnie większy wzrost gospodarczy. Rok temu pisałem o tym, że moim zdaniem założenia do budżetu są zbyt pesymistyczne i że może to być celowe działanie, żeby w rzeczywistości pojawiło się więcej pieniędzy do zagospodarowania. Choć mogło też być tak, że minister Rostowski był po prostu bardzo rozważny. Tak czy inaczej, wzrost jest wyższy i te pieniądze się w budżecie pojawiają. I to też jest element pozwalający na większe wydatki. A co to za wydatki?
W zasadzie dwa, czyli wspomaganie rodzin wielodzietnych, tych mniej zarabiających, i emerytów, głównie tych o najniższych uposażeniach. Trudno kwestionować oba kierunki działań. Polityka prorodzinna ma wymiar ultra ważnego wyzwania dziejowego, a najniższe emerytury wołają o pomstę do nieba i naprawdę trudno za nie przeżyć. Szkoda tylko, że oba działania nie mają charakteru efektu zmiany strategii w finansach publicznych. Są jedynie działaniami przy okazji. Przy okazji rozmontowania OFE oraz nieco wyższego wzrostu PKB. Bo co będzie, jak ten wzrost osłabnie? Systemu emerytalnego też drugi raz nie rozmontujemy, w każdym razie nie w takim zakresie.
Wyzwania na ostatni rok rządzenia
REKLAMA
REKLAMA




















