Ostatni pasażer rozpędzonego taboru

5
Ostatni pasażer rozpędzonego taboru
REKLAMA

O nieoglądaniu się za siebie, najważniejszych płytach, różnicy pomiędzy polskim i zachodnim rynkiem wydawniczym oraz o tym, jak bez umiejętności gry na gitarze skomponować w godzinę „Łzę dla cieniów minionych” – rozmawiamy z Piotrem Luczykiem, założycielem i liderem grupy KAT

Wydany dwa lata temu krążek „Without Looking Back” – pierwszy od 14 lat materiał studyjny zespołu – zawierał kompozycje nieco lżejsze niż dotychczasowy dorobek KATa. Pojawiły się w nich instrumenty nadające utworom większą melodyjność. Również wokal stał się bardziej hardrockowy, momentami ocierający się o bluesa. Jednakże i tak praktycznie od początku do końca czuć dreszczyk klasycznego heavy metalu. Jak wyglądała praca nad tym, skądinąd nietypowym wydawnictwem, od pierwszych koncepcji aż do osiągnięcia ostatecznej wersji?
Wróciliśmy do korzeni gatunku i do początków naszej twórczości. Nie interesowało nas sztuczne utrzymanie utworów w jakimś właściwym dla KATa gatunku. Po prostu zagraliśmy to, co w nas siedzi. Robiliśmy tak zawsze i nie zamierzamy tego zmieniać. Odnośnie nowości, faktycznie, pojawiły się organy Hammonda. Zawsze byłem fanem Deep Purple, a gdy  nadarzyła się możliwość zagrania z wybitnym hammondzistą Pawłem Serafińskim, to należało z niej skorzystać. Praca nad płytą wyglądała jak zawsze w Kacie. Skomponowałem utwory i przyniosłem je już nagrane z liniami wokalnymi na próbę. Później ogrywaliśmy je wspólnie. Adam Harris (bass) i Mariusz Prętkiewicz (drums) odcisnęli na nich swoje piętno i charakter. Czasami coś zmienialiśmy. Qbkowi, który debiutował wtedy w Kacie, wysyłałem utwory mailem. Później Qbek przyjechał na próby i pracowaliśmy nad wokalem. Następnie zrobiliśmy próbne nagranie. Dokonaliśmy korekt i ostatecznie przystąpiliśmy do nagrań. Płyta jest bardziej melodyjna, gdyż Qbek ma świetny wokal, nieograniczający się do jednego stylu. Ja również w kompozycjach nie ograniczałem się do dwóch-trzech dźwięków. Zresztą, zawsze grałem melodie, a wyłowienie ich nie było znowu takie trudne. Według mnie „Without Looking Back” jest albumem wykraczającym poza percepcję typowego polskiego odbiorcy metalu. Jednak taka sytuacja nie może być powodem, żeby zespół się nie rozwijał.

Zagraniczne recenzje doceniły powrót KATa, zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym. W Polsce było różnie. W recenzjach nierzadko padały zarzuty, że jest na tej płycie za mało… KATa. W tytule dajecie jasny przekaz – nie oglądamy się za siebie. I, faktycznie, udowadniacie to muzyką. Czy pracując nad tym albumem, czuliście na plecach oddech fanów KATa z poprzedniego stulecia? Innymi słowy – obawialiście się, że pamiętające „Oddech wymarłych światów” dzieci szatana mogą nie zaakceptować „Without Looking Back”?
Ja nigdy nie patrzę na to, co się komuś podoba. Gram swoje dźwięki i one się podobają w UK, Niemczech, USA, Brazylii, Argentynie, Hiszpanii czy we Włoszech. Natomiast w Polsce jakoś nie mogą się zaaklimatyzować. Przecież nie rozpłaczemy się z tego powodu i nie odgrzejemy po ponad trzydziestu latach trzech szóstek. Bądźmy poważni. My nie jesteśmy dziećmi. Jak się nie podoba polskim fanom metalu, to nie muszą tego słuchać. Gramy dla tych, którzy doceniają naszą twórczość i wcale nie ograniczamy się do Polski. Powiedzmy też sobie szczerze – polski rynek metalowy to underground i egzotyka. Jego trzon stanowią chłopcy, którzy krzyczą „Krew! Piekło! Szatan!”, a później tańczą przy „Living After Midnight” melodyjnego zespołu Judas Priest. Wiem, co mówię, bo znam to z autopsji. I naprawdę, takim rynkiem nie mam zamiaru się przejmować. Nawiasem mówiąc, niedawno obejrzałem film „Science Fiction”, w którym Roman Kostrzewski, pierwszy wokalista KATa, opowiada jak w godzinę skomponował utwór „Łza dla cieniów minionych”. Przeprowadzający filmowy wywiad koleś połykał każde wypowiedziane przez niego słowo i nawet próbował zagrać ten numer na gitarze. W tym samym materiale Kostrzewski powiedział, że nie potrafi grać na gitarze, ale umie „brzdękolić paluszkiem po strunach”. Nieźle się uśmiałem. Z tego wynika, że każdy, kto kilka razy miał gitarę w rękach albo lakiernik powierzchni płaskich, niepotrafiący grać na żadnym instrumencie, promujący się jako youtube’owy influencer prawdziwego metalu, może sobie „pobrzdękolić paluszkiem po strunach” i w ciągu godziny powstanie „Łza dla cieniów minionych”. Chłopcy, do dzieła! Mamy zatem odpowiedź dlaczego w Polsce nie podoba się „Without Looking Back”. Każdy, kto potrafi tylko „brzdękolić” i komponować w godzinę, wie lepiej.

REKLAMA (3)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
REKLAMA (2)
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
5 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze