Paranormalny Tarnów

0
MichałStonawski badaczzjawisknadprzyrodzonych
REKLAMA

O lokalnej klątwie, owianych złą sławą miejscach, pracy z egzorcystą i zagadkach z przeszłości – rozmawiamy z Michałem Stonawskim, badaczem zjawisk nadprzyrodzonych i autorem książki „Paranormalne”.

Twoja książka kończy się rozdziałem o bloku nr 59 przy ulicy Lwowskiej, nazywanym „blokiem samobójców”. Skąd dowiedziałeś się o okrywającej budynek złej sławie?
To stara historia, sięgająca czasów, zanim w ogóle pomyślałem o „Paranormalnych”. Moja ówczesna dziewczyna zaprosiła mnie do siebie, do Tarnowa i podczas oprowadzania opowiedziała o tym miejscu. Już wtedy mocno interesowałem się nawiedzonymi miejscami. Mój poprzedni projekt, „Mapa Cieni”, nabierał rozpędu i ciągle szukałem nowych i ciekawych miejsc. Wtedy, lata temu, po raz pierwszy stanąłem przed „Mrówkowcem”. Był wieczór, zapalały się lampy. To chyba była jesień, albo wczesna zima – szarówka. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie bryła budynku, a opowieść o „klątwie” pobudziła wyobraźnię. Dalej to była kwestia czasu, nim przyjechałem tu raz jeszcze. I kolejny. I jeszcze raz – ciągle poznając nowe fakty i historie. I za każdym razem historia tego budynku robiła na mnie większe wrażenie.

Udało Ci się ustalić, dlaczego akurat ten blok przyciąga samobójców?
Cytując klasyka: „Nie wiem, choć się domyślam”. Moim zdaniem jest to poniekąd spowodowane właśnie złą sławą budynku. Niewykluczone, że ludzie rozmyślający o samobójstwie dostrzegają w tym bloku pewną „poetyckość”. I tu dochodzę do gryzącej mnie już kiedyś kwestii moralnej – czy spisując jego historię, sam też nie przyczyniam się do tworzenia tej specyficznej „klątwy”? Uznałem jednak, że nie można udawać, że jej nie ma. Wręcz przeciwnie, skoro to miejsce ma już tak wielką sławę i tak dużo osób postanowiło skończyć ze sobą właśnie tam, powinno się o tym mówić – zarówno o „Mrówkowcu”, aby być uważnym, jak i w ogóle o problemie samobójstw. Może nie jest to powszechna wiedza, ale przecież to właśnie Polska jest jednym z liderów w rankingach samobójstw, szczególnie wśród mężczyzn. Ten temat od lat traktowany jest po macoszemu. To jest klątwa, która dotyka blok w Tarnowie, ale tak naprawdę jej ofiarą jesteśmy my wszyscy. Zobacz, przy Lwowskiej 59 odnotowano ponad dwadzieścia przypadków samobójstw. To wystarczająco dużo, by zaczęło się mówić o złej sławie i klątwie. A teraz pomyślmy o tym, że średnio codziennie w Polsce zabija się 15 osób, a 12 z nich to mężczyźni. „Klątwa” istnieje i ma się bardzo dobrze.

W „Paranormalnych” wyliczasz osoby, które skoczyły z „Mrówkowca”. Jedną z nich był mężczyzna, który przebył blisko sto trzydzieści kilometrów, żeby właśnie tam odebrać sobie życie. Przerażające.
Tak, właściwie im bliżej poznawałem historie z Lwowskiej 59, tym byłem bardziej przerażony. W moim odczuciu najgorsze są te przypadki, w których „bohaterami” są dzieci. Albo nastolatki, które wskutek poniżania w szkołach przez rówieśników i nauczycieli, targnęły się na swoje życie. Tak naprawdę każde działanie, wszystko to, co sobie sami robimy jako ludzie, co sprawia, że nie chcemy dłużej żyć, to okrutna patologia. Nie na tym powinno polegać życie. I tak jest go przecież tak mało.

REKLAMA (2)

Czy nad blokiem nr 59 przy ulicy Lwowskiej rzeczywiście ciąży klątwa?
Jestem o tym przekonany. Ale czy jest to klątwa natury paranormalnej – to już rzecz dyskusyjna. Najstraszniejsze może być stwierdzenie, że chciałbym, żeby tak było. Żeby za to wszystko odpowiadały jakieś „złe moce”, a nie my sami.

Z tym miejscem wiąże się tragiczna historia Elżbiety M., która w 2006 roku udusiła ośmioletnią dziewczynkę. Ta sprawa również stała się obiektem Twoich badań. Czy w tym przypadku możemy mówić o działaniu sił nadprzyrodzonych?
Elżbieta M. pisała do swoich psychiatrów, że jej zmarły synek ją odwiedza, i że to on potrzebował kogoś, z kim mógłby się… pobawić. Upiorne, ale tak jak i cała kwestia klątwy na Lwowskiej, nie sądzę, by ta historia była prawdziwie paranormalna. W tym przypadku pogłoska o nadprzyrodzonej ingerencji jest raczej punktem wyjścia, niż docelową konkluzją. Chociaż dosyć ciekawe jest to, że wszystko wydaje się kręcić wokół bloku przy ulicy Lwowskiej.

W Tarnowie historia Elżbiety M. wciąż powraca. Cztery lata temu w tarnowskim teatrze miała miejsce premiera spektaklu „Ikebana”, który powstał na kanwie tej sprawy. Co ciekawe, sztuka została napisana przez Marcina Skórę, emerytowanego policjanta, który uczestniczył w tamtych wydarzeniach.
Ta historia w ogóle jest bardzo nośna. Katarzyna Bonda, o ile się nie mylę, również odniosła się do tej sprawy w swojej twórczości.

Sporo miejsca w książce poświęciłeś zagadkom z przeszłości. Jaką rolę w pracy badacza zjawisk paranormalnych odgrywa cofnięcie się do czasów minionych?
Powiedziałbym, że kluczową. Trzeba pamiętać, że te opowieści o duchach nie biorą się znikąd. To historie samych budynków, które kiedyś wybudowano i ludzi, którzy w nich żyli. Realia historyczne przedstawionych wydarzeń są bardzo ważne w ich pełnym zrozumieniu. I w rozumieniu całej historii, bo opowieść o duchach jest również opowieścią o ludziach – tych, którzy stali się duchami i tych, którzy dostrzegli ich aktywność. Ważne są pytania: skąd te dusze się tu wzięły? Jak wtedy wyglądał świat i jego realia? Co konkretnie się wydarzyło i gdzie? Jak wtedy wyglądało dane miejsce? Czasem dzięki zadaniu właściwych pytań, można sprawdzić, czy dana historia ma sens, czy też nie.

A jak wygląda praca z egzorcystą?
To zależy od egzorcysty. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli przyjąć nomenklaturę kościelną, nie powinienem w ogóle mówić o egzorcystach w kontekście osób, z którymi kontaktowałem się do tej pory, ponieważ egzorcystą jest duchowny wybrany przez biskupa. Niemniej, są ludzie obdarzeni pewnym… darem, a nienależący do Kościoła. Praca z takim rodzajem egzorcysty jest ciekawa, bo dotykam zwykle czegoś zupełnie obcego od wiary, którą znam. Mowa jest o energiach, innych światach. I chociaż staram się na wszystko patrzeć sceptycznie, są to rzeczy fascynujące.

REKLAMA (3)

„Paranormalne” czyta się momentami jak powieść. Czasami jak scenariusz programu „Nie do wiary”. Skąd pomysł na fabularyzowane wstawki?
Moim idolem, jeśli chodzi o reportaż, jest Bogusław Wołoszański. I tu chyba każdy, kto słuchał audycji „Sensacje XX wieku” na antenie Radia ZET, albo oglądał je w telewizji, pamięta, że miały właśnie fabularne wstawki, które pomagały lepiej zrozumieć przytaczane sprawy. Na kim miałbym się wzorować, jeśli nie na najlepszych? Poza tym budowanie fabuły to mój mocny punkt, więc tym bardziej żal było z tego nie skorzystać.

W ostatnim zdaniu swojej książki stawiasz tezę, że w opowieściach o zjawiskach paranormalnych najbardziej straszne jest to, że czasami najprościej jest zwalić winę na duchy. Tak chyba jest od zarania dziejów. Czym współczesny człowiek obarcza duchy?
Jak widać na przykładzie przypadku z Lwowskiej 59, jeśli źle się dzieje, jeśli w jednym miejscu kumulują się historie tragiczne, smutne i wstrząsające, dużo łatwiej powiedzieć, że za wszystko odpowiadają siły wyższe, niż przyznać, że stoimy za tym my sami. Ten scenariusz powtarza się w różnych miejscach i sytuacjach.

Dziękuję za rozmowę.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze