Emeryt w Europie – cz. 2 [ZDJĘCIA]

0
Emeryt w Europie
fot. Ferdynand Wróbel
REKLAMA

18 września, godzina 11. Wyjeżdżamy. Wcześniej Grzegorz wyjechał przed 6 rano z Wolbromia, zabrał mnie z Tarnowa i przed godz. 10 byliśmy u Boba, w pobliżu Wieliczki, gdzie już dojechał Kazimierz.

Boba widziałem ostatni raz jeszcze podczas pobytu w Wolbromiu, a Kazimierza po raz pierwszy. Do luku towarowego ładujemy zapasy i torby podróżne. Z tyłu montujemy dwa rowery i uzupełniamy zapas wody. Okazuje się, że wszyscy trzej nie zaczynają dnia bez kawy, więc piję ją z nimi, zaznaczając, że to moja dawka dwutygodniowa. Papierosy pali tylko Grześ i ja, ale już wszyscy trunkowi. Bob jest wielbicielem wina. Zerujemy liczniki i ruszamy.

Wpadamy na A4 i „grzejemy” aż do Zgorzelca. Grzegorz prowadzi na gwizdku policyjnym, dającym znać o przekroczeniu prędkości. Bob obok niego przegląda przewodniki, a my z Kaziem drinkujemy, opowiadając o sobie, swoich dolegliwościach itp. Po prostu zapoznajemy się. Krajobraz za oknem jest nam doskonale znajomy, więc nie zwracamy na niego uwagi. Za Wrocławiem wpadamy na „pukankę”, dawną poniemiecką autostradę płytową. Mimo położonej nowej nawierzchni słychać to charakterystyczne „puk-puk-puk” opon. Przed granicą w Zgorzelcu zatrzymujemy się na stacji benzynowej i tankujemy do pełna, czyli 74 l, ostatni raz za złotówki. W pobliskim barze cały kurczak z rożna kosztuje 20 zł, a połówka 12.

Grześ bierze pieczoną golonkę, a my po zupie gulaszowej /12 zł/ i kawałku kurczaka. Siedzący obok kierowca TIR-a, słysząc że jedziemy do Monachium, radzi nam kierować się przez Regensburg, bo alternatywna droga przez Norymbergę jest w remoncie i tworzą się spore korki. Bob siada za kierownicą, a Grześ dołącza do nas.

REKLAMA (2)

Wjeżdżamy na słynny dawniej „most pokoju„ na Nysie Łużyckiej. Przemykają mi przed oczyma obrazy z czasów PRL: liczne zabudowania, baraki, szlabany, umundurowane służby graniczne i celne, kolejki samochodów i autokarów, nerwowo biegający turyści i handlarze, sprawdzanie bagażu. A teraz – żadnych zabudowań: śmig i jesteśmy na drugim brzegu, w Niemczech. Mijamy fermę wiatrową i wpadamy w dość długi tunel. Dziwię się, że dookoła tylko pagórki, a tu taki tunel jak w wysokich górach. Przypominam sobie, jak niedługo po zjednoczeniu Niemiec, jechałem tędy do Freiburga. Był to ciągnący się aż do Drezna jeden wielki plac budowy i w powrotnej drodze jechaliśmy już przez czeską Pragę.

Przed godziną 22 zatrzymujemy się na dość dużym parkingu przy autostradzie, 80 km od Monachium. Są tutaj ubikacje i umywalki z zimną wodą. Jest zimno, ok. 8 stopni, a my wzięliśmy tylko letnią, lekką odzież. Nie mam nawet swetra. Jemy kanapkową kolację i rozgrzewamy się pigwówką Kazia.

Po obfitym śniadaniu, kawie (beze mnie), jedziemy do Monachium. Bob, który nigdy tutaj nie był, przygotował sobie listę 4-5 miejsc do zwiedzenia. Mijamy Allianz Arena, kierujemy się do centrum. Bob z Grzesiem proszą, by im nie przeszkadzać, gdy poszukują parkingu, więc siedzimy z Kaziem cicho. Byłem 3 – 4 razy w Monachium i widząc gmachy uniwersyteckie nie wytrzymuję: – Po lewej uniwersytet, tutaj parkują tylko rowery.

Zawracają na remontowanym rondzie i wracamy tę samą ulicą w poszukiwaniu miejsca do parkowania. W sporej odległości od centrum znajdujemy boczną ulicę z zaparkowanym już kamperem. Stajemy obok. Plecaki, dokumenty, aparaty fotograficzne, zdjęcie nazwy ulicy i zaczynamy zwiedzanie.

W autobusie, dzięki pomocy uczynnego monachijczyka, kupujemy bilet – zbiorowy z ulgą senioralną, na wszystkie środki komunikacji, na cały dzień, za 12 euro. Są godziny przedpołudniowe i w autobusie oraz w metrze jest pustawo. Wysiadamy na placu Mariackim, głównym centrum komunikacyjnym. Wychodząc z metra robię zdjęcie baru kanapkowego – półbagietka z wędliną lub serem kosztuje 4-4,5 euro. Przeliczam na złotówki i wychodzi mi około 20 zł. Nie można tak liczyć, bo wszystko będzie mi wychodzić bardzo drogo. Przecież nie odmówię sobie kufla piwa za ponad 20 zł /5 euro/, kiedy w kraju kosztuje ono 5-6 zł.

REKLAMA (3)

Na placu gęstniejący tłum turystów. Słynną budowlę z dwoma ratuszami obfotografujemy tylko z zewnątrz. Na jej tyłach znajdujemy następny wysoki kościół, prosty, bez ozdób i rzeźb. Wchodzimy i uderza mnie widok wysokich, strzelistych kolumn, zwieńczonych łukami krzyżowymi. Brak tu figur, płaskorzeźb. Za głównym ołtarzem przepiękne, wielobarwne, wysokie na całą ścianę witraże. Z leżących ulotek wnioskuję, że jest to kościół katolicki organizujący koncerty. Świeci pustką.

Idziemy wąskimi uliczkami w poszukiwani słynnej jeszcze z okresu międzywojennego piwiarni Hofbrauhaus. W środku gwar, gra bawarska orkiestra starszych chłopców w krótkich spodniach na szelkach i wszystkie stoliki są zajęte. Znajdujemy wolny stolik na wewnętrznym patio. Firmowe piwo jest po 4,8 euro. Większość spożywa firmowe danie – pieczoną golonkę z ciemnym sosem i ziemniakami.
Spacerujemy po starówce, oglądamy witryny sklepów, kramy, ciekawe fasady budynków. Obserwuję przechodniów – nie zważając na grupy turystyczne większość z nich, zwłaszcza młodzi, są pochodzenia azjatyckiego, arabskiego lub afrykańskiego. I to wszędzie: na ulicy, w piwiarniach, restauracjach, w metrze czy autobusie. Bardzo dużo porusza się rowerami, hulajnogami, motocyklami i skuterami. Mają specjalnie wydzielone strefy parkowania. Wracamy do kampera.

Ferdynand Wróbel

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze