Grzechotnik straszliwy i krewni

0
Malezyjski show
Malezyjski show | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Egzotyczne kraje uchodzą potocznie za krainę jadowitych węży. Choć zdarzało mi się przez nie podróżować, węże spotykałam sporadycznie. Najwięcej jadowitych gadów widziałam… w Polsce.

Od biczowęża do wiosłogona

Owszem, przynajmniej raz miałam w ręku jadowitego węża – cejlońskiego biczowęża długonosego Ahaetulla nasuta, zwanego też wężem winoroślowym. Było to w rezerwacie Kanneliya na Sri Lance. Przewodnicy oprowadzający turystów po lesie nie uważali tych cienkich zielonych węży za niebezpieczne. Czasem chwytali je i dawali potrzymać – w celu zrobienia zdjęcia – każdemu, kto był na to chętny. Węże były ładne, miłe w dodatku i nieagresywnie ruchliwe. O tym, że jednak są jadowite, dowiedziałam się później, poczytawszy. Ich jad nie został zresztą dokładniej zbadany, bo biczowęże mają gruczoły jadowe tak głęboko w paszczy, że nie są w stanie skutecznie ukąsić niczego większego od myszy czy jaszczurki – taką zdobyczą się żywią.

Grzechotnika w naturze widziałam raz – na wyspie na rzece Carrao w Wenezueli. Podróżowaliśmy wtedy do najwyższego na świecie wodospadu – Santo Angel. Wąż leżał na skraju piaszczystej skarpy i… nic szczególnego nie robił. Zapewne wygrzewał się w słońcu. Nie był zbyt duży, ale przewodnik zapewnił nas, że to kaskabel, grzechotnik straszliwy, wąż bardzo jadowity i o porywczej naturze. Miejsce, gdzie odpoczywał, obchodzono więc dużym kołem, a zdjęcia robiono z bezpiecznej odległości. Po sesji fotograficznej jeden z tubylców lekko szturchnął kijkiem tego bardzo groźnego – podobno – gada. Wąż uniósł ogon z grzechotką, jakby z zamiarem zagrzechotania – co podobno jest oznaką rozdrażnienia i groźby – ale nagle zrezygnował, rozwinął się, spłynął po skarpie i zniknął nam z oczu. Najwyraźniej ten konkretny kaskabel nie był z natury porywczy. Ani szczególnie straszliwy.

Zieloną żmiję drzewną Tropidolaemus subannulatus, odpoczywającą na krzaku, pokazano mi na Borneo. W Bako, gdzie mieszkałam ponad tydzień, ten jadowity – za to niezbyt agresywny – wąż, był w zasadzie hotelowym rezydentem pokazywanym wszystkim turystom.

REKLAMA (2)

Z jadowitymi wężami – a dokładniej z wiosłogonami Laticauda colubrina – wielokrotnie pływałam w morzu u wybrzeży Indonezji czy Malezji. Wiosłogony, choć bardzo jadowite, nie zwracają uwagi na ludzi. Gdy przyglądałam im się z bliska lub filmowałam, zajmowały się swoimi sprawami – zwykle poszukiwaniem drobnych zwierząt w zakamarkach rafy. Te srebrzysto-czarne, poprzecznie paskowane węże wyglądają pod wodą jak z bajki.

Sądząc z tych doświadczeń, z jadowitymi wężami da się żyć. Znacznie lepiej niż z komarami lub – na przykład – z niektórymi ludźmi.

Biczowąs
Biczowąs długonosy | fot. Marta Tutaj

O kobrach i żmijach

Zwiedzałam farmę gadów w Nairobi, gdzie były żmije plujące i mamby zielone. W kolumbijskim zooparku Ocarros oglądałam kilkumetrowe, masywne anakondy zielone, a podczas podróży w Indiach stykałam się z zaklinaczami węży, noszącymi kobry w wiklinowych koszykach. I tu jednak obyło się bez dramatycznych wrażeń, choć podobno kobry zaklinaczy nie są pozbawione zębów jadowych i potrafią ukąsić nawet w czasie pokazu. Cóż mogę rzec? Przy mnie tego nie robiły.

U Roba Bredla w Australii oraz przy pewnej malezyjskiej plaży, gdzie występowała grupa młodych ludzi z wężami, zdarzało mi się nosić na szyi od jednego do kilku węży. Nie było to przykre doświadczenie. Gady były zapewne niejadowite, a w dotyku… jedwabiste. W górach Ekwadoru jeden z moich sąsiadów trzymał w domu niewielkiego boa, który do ludzi miał zdecydowanie przyjazny stosunek. Wąż bardzo lubił owijać się na domownikach i grzać się w cieple ludzkiego ciała. Dziewczyna gospodarza nosiła go zwykle na przedramieniu, jak wielką bransoletę.

W Hiszpanii nad stawem miałam spotkanie z zaskrońcem żmijopodobnym, który wygląda groźnie, ale jest to niejadowity wodny wąż, niebezpieczny najwyżej dla żab i ryb.

A najwięcej bliskich spotkań z gadami zdarzyło mi się w Polsce. To w Pieninach i w podtarnowskich lasach fotografowałam wiosną żmije – zarówno odmiany szarej, jak miedzianej. Główny problem w kontaktach z tymi gadami polegał na tym, że gdy próbowałam podejść bliżej, uciekały i znikały w poszyciu. Bliskość człowieka nieodmiennie odbierały jako zagrożenie i ani myślały atakować. Najbliżej żmij byłam kiedyś w Pieninach, gdy przysiadłam na kamieniu w kępie suchej trawy. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to samo miejsce do korzystania ze słońca wybrał rój drobnych, kilkunastocentymetrowych żmij, zapewne niedawno wylęgłych. Były wszędzie wokół mnie – cud prawdziwy, że na żadnej nie usiadłam. Żmijki nie zdradzały jednak agresywnych zamiarów – jedna czy dwie próbowały się na mnie wspiąć, ale to dlatego, że traktowały mnie jak ciepły kamień, na którym można się ogrzać. Żart mówiący, że najlepszą ochroną przed żmijami jest „nie brać żywej do ręki”, okazał się prawdą.

Nad Dunajcem obserwowałam kiedyś zaskrońca, który chwilę przedtem złapał żabę i powoli ją pochłaniał. Był to niesamowity widok – żaba była niemal trzykrotnie szersza od węża. Widywałam też polujące nad wodą zaskrońce, i to także nie lada spektakl, bo reakcja rechoczącego stada żab na pojawienie się zaskrońca jest piorunująca – wszystkie milkną w tej samej chwili i rzucają się do wody.

Z powodu zaskrońców wielokroć zdarzało mi się chodzić z wężem w kieszeni. Dosłownie. Wiele młodych zaskrońców ginie bowiem podczas przechodzenia przez drogi. Jeśli więc znalazłam jakiegoś na asfalcie, pakowałam niewielkiego wężyka delikatnie do kieszeni i przenosiłam w bezpieczne miejsce. Młode zaskrońce są raczej spokojnymi pasażerami. Dorosłych dotyczy natomiast ta sama zasada, co żmij – nie należy brać ich do ręki. Zaskroniec nie kąsa, ale przez skórę wydziela substancję o ostrym zapachu, który potem przez wiele dni zostaje na rękach…

Okrutne istoty

David Herbert Lawrence, angielski pisarz, podczas pobytu na Sycylii obserwował kiedyś węża pijącego z koryta wodę. Napisał dzięki temu piękny liryk „Wąż”, mówiący o swoim zachwycie i „głosie ludzkiego wychowania”, który nakazywał mu węża zabić.

REKLAMA (3)

Tak właśnie jest. Rowerzysta, spotkany kiedyś na polnej drodze, opowiadał mi, że zobaczył żmiję i „na szczęście zdołał ją przejechać”, bo inaczej pewnie by go ugryzła. Gdy stwierdziłam, że żmija zwyczajnie próbowała zejść mu z drogi, uciec – nie uwierzył.

W turystycznym regionie na Jawie zwiedzałam prywatny zwierzyniec. W jednym z pomieszczeń w szklanych terrariach pokazywano tam stworzenia mające budzić dreszcz emocji: skorpiony, jadowite pająki i węże. Wśród tych ostatnich była niewielka kobra, na którą zwróciłam uwagę, bo miała wyraźnie zniekształconą głowę: okaleczony nos, zmiażdżony i przesunięty w bok. Zapytałam dozorcę ze zwierzyńca, czy to zwierzę po jakimś wypadku?

Mężczyzna słabo mówił po angielsku, pokręcił więc tylko głową i zastukał w szybę terrarium kobry. Wąż natychmiast wyrzucił jadowitą głowę w kierunku hałasu i… mocno uderzył w niewidzialną dla siebie szybę. Na jego zmiażdżonym nosie pojawiła się krew.

Mężczyzna pokiwał głową, potem wskazał na wypełnioną licznymi wpisami książkę odwiedzających, i rozłożył ręce. Jasne: każdy ze zwiedzających chce zobaczyć, jak kobra atakuje. Stuka w terrarium, a wąż, kierowany odruchem, nie wyborem, tłucze głową w szybę. Wielokrotnie, każdego dnia.

W konkurencji bezmyślnego okrucieństwa ludzie wygrają z każdym.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze