Po wieczornej wizycie w parku Ivoloina nie miałam już żadnego dostępnego transportu do odległego o kilkanaście kilometrów portowego miasta Tamatave. Simon, mój przewodnik, zaproponował mi podwiezienie motocyklem, jako że i tak jechał do miasta. Wcześniej, podczas podróży po Azji, dość często korzystałam z takiej formy transportu. Na Madagaskarze jednak wszystko jest… inaczej.
Simon mówi
Cóż, po pierwsze, Simon był ode mnie o głowę niższy, a motocykl był dopasowany do jego wzrostu. W dodatku nie było gdzie trzymać nóg i podczas prawie godzinnej „przejażdżki” stale musiałam uważać, by nie zawadzać nimi o drogę. Po drugie, motocykl nie miał świateł i pierwsze kilka kilometrów bardzo dziurawej i błotnistej drogi wiodącej przez las przejechaliśmy w zupełnych ciemnościach. Simon zapewnił mnie, że to całkiem bezpieczne, ponieważ zna tę drogę na pamięć (!). Co jakiś czas silnik gasł, a wówczas Simon stawał, zdejmował pokrywę silnika i po omacku grzebał w plątaninie kabli i rurek, w końcu doprowadzając do tego, że silnik (jednak!) zapalał ponownie. Na granicy miasta stanęliśmy raz jeszcze – Simon wyjaśnił, że jadąc nadal bez świateł można narazić się policji. Z trzewi motocykla wydobył małą ręczną latarkę i przyczepił ją do kierownicy kawałkiem drutu.
Wskutek tych atrakcji dotarłam do Tamatave dość obolała i nerwowo wyczerpana, toteż puściłam mimo uszu sugestię Simona, że może dla mnie zorganizować wycieczkę na Kanał Pangalanes. I tak następnego dnia wybierałam się na pobliską wyspę, a cena, jaką Simon wymienił za wycieczkę kanałem (ponad milion ariarów malgaskich, czyli przeszło tysiąc złotych) była nie do przyjęcia. Dopiero trzy tygodnie później, gdy wróciłam do Tamatave, przyszło mi do głowy, że może warto sprawdzić, co z tym kanałem.
Prawie najdłuższy
Kanał Pangalanes to dzieło inżynierii francuskiej z czasów kolonialnych. Zaczęto go budować jeszcze w XIX wieku, ciągnąc wodną drogę od Tamatave wzdłuż wybrzeża na południe. Chodziło o to, by zapewnić bezpieczny transport towarów do największego portu Madagaskaru. Ocean Indyjski przy wschodnim wybrzeżu wielkiej wyspy często bywa burzliwy, a drogi nigdy nie były mocną stroną Madagaskaru. Toteż w 1896 roku gubernator Joseph Gallieni rozpoczął budowę kanału, który tak naprawdę kanałem był tylko częściowo, bo przekopana droga wodna łączyła istniejące już przy wybrzeżu rzeki, rzeczki, laguny i jeziora. Za czasów Gallieniego dociągnięto tę drogę wodną o prawie sto kilometrów od Tamatave. Ciąg dalszy budowano w latach 1949-57. Ostatecznie Kanał Pangalanes osiągnął łączną długość ponad 650 km – co daje mu dobre miejsce w czołówce najdłuższych kanałów świata (dłuższy mają Chińczycy). Sięga od portu Tamatave (Toamasina) do wsi Farafangana, czyli biegnie przez ponad jedną czwartą długości Madagaskaru. Oczywiście ulegał zniszczeniom i zamuleniu. Po prowadzonych w latach 80. pracach renowacyjnych żeglowne jest ok. 400 km Pangalanes.
Transport towarów niekoniecznie odbywa się na całej jego długości, kursują jednak drewniane łodzie, wożące pasażerów pomiędzy miastami i wioskami. Kanał służy też do spławu drewna, połowu ryb, wydobywania piasku itd. Przy jego brzegach znajduje się wiele tubylczych wiosek. Jest też, oczywiście, atrakcją turystyczną. Co prawda najbardziej malowniczy jest w części południowej – prowadzi tam m.in. przez tereny zamieszkane przez lud Betsimisaraka, wśród którego mieszkał kiedyś Arkady Fiedler. Wiedzie przez dżunglę, morskie laguny z pięknymi plażami, czasem też bardzo blisko oceanu. Podróż kanałem porównuje się w przewodnikach do rejsów po Nilu. Sporo kosztownych turystycznych hoteli ulokowało się nad kanałem, takich z ogrodami, francuską kuchnią i oswojonymi zwierzętami.
Z Tamatave wycieczka pod tytułem „Kanał Pangalanes” obejmowała 2-3 godzinny rejs łodzią i osobno płatny pobyt w hotelu przy Palmiarium. Palmiarium to rodzaj rezerwatu na terenie plantacji palm olejowych – ulotki zachwalają je jako miejsce, gdzie mają 10 gatunków oswojonych lemurów, a także palmy areka, rośliny z wielkimi liśćmi zwane „słoniowymi uszami” czy owadożerne dzbaneczniki. Za sam rejs liczono milion ariarów, o aktualnej cenie hotelu nad kanałem nikt mnie nie umiał poinformować. Postanowiłam iść do portu towarowego przy kanale i tam poszukać kogoś, kto mnie ewentualnie przewiezie łodzią.
Mokra wycieczka
Spacer okazał się – pomijając rozległe kałuże na ścieżkach uchodzących w Tamatave za ulice – całkiem interesujący. Droga prowadziła wzdłuż wielkiego targowiska przy porcie, największego chyba, jakie widziałam w tym mieście. Handlowano tu niezwykle różnorodnym towarem: chińskimi dresami i mięsem zebu, kabelkami do smartfonów i żywymi rybami, szczoteczkami do zębów i węglem drzewnym, owocami, których nie umiałabym nazwać i sztucznymi włosami w najdziwniejszych kolorach (Malgaszki wplatają je we własne, żeby mieć „więcej na głowie”). Jedni handlowali ze stołów i budek, inni siadali po prostu na ulicy i rozkładali towar na kawałku papieru. W samym porcie układano w stosy drewniane belki i bambus, plecione koszyki i worki z ryżem. Wzdłuż nabrzeża tłoczyły się długie łodzie silnikowe – jedne ładowano, inne rozładowywano.
Chętnych do przewiezienia mnie po Kanale Pangalanes znalazło się kilku, ale nikt nie chciał zejść z ceny poniżej 300 tys. ariarów (ok. 300 zł). Pojawił się nawet człowiek, który chciał mnie dołączyć do rodzinnej wycieczki, której następnego dnia miał wynająć łódź. Wyjaśniłam, że mam czas tylko dziś.
Niestety ten jeden dzień, który przeznaczyłam na znajomość z Kanałem Pangalanes, okazał się też jedynym w mojej podróży dniem w całości deszczowym. Drobno padało już, gdy przemierzałam wielki targ. I z każdym kwadransem padało bardziej.
Złapałam tuk-tuk, czyli rykszę motorową, i – pokazując na mapie – wyjaśniłam kierowcy, że chcę jechać nad Kanał Pangalanes. Nie łodzią, to lądem. Chłopak był nieco zdziwiony, ale gotów wykonać kurs.
Gdy wyjechaliśmy poza strefę portowych magazynów, padało już ulewnie. Przez okienko w gumowym fartuchu, osłaniającym wnętrze tuk-tuka, oglądałam mokre palmy areka i stada pięknych krów zebu, moknących na pastwiskach. Przejechaliśmy dwa mosty z widokiem na kanał. Pod jednym ciągnęły właśnie tratwy załadowane balami drzewa.
Dotarliśmy do hotelu nad brzegiem Pangalanes – z bungalowami w ładnym ogrodzie i stateczkiem spacerowym w przystani. Niestety, hotel był posezonowo i głucho zamknięty – woda spływała po dachach bungalowów, a statek mókł pod ciężką od wody banderą. Człowiek pilnujący bramy pozwolił mi jednak wejść na zacumowany statek i stamtąd pooglądać pejzaże.
Nad kanałem kipiały zielenią palmy i kwitnące krzewy. Na drzewie chlebowca wisiały ciężkie owoce. W brązowej wodzie dziewczyna i mały chłopiec łowili ryby, stojąc po ramiona w wodzie. Dwóch innych rybaków rzucało żyłki z łódek – drewnianych dłubanek. Zza zakrętu wyłoniła się łódka piaskarza, ciężka od żółtego piasku. Z drugiej strony kanału coś poruszyło się w gałęziach – mokry lemur sifaka spojrzał na mnie, a potem ruszył po gałęziach dalej.
Potem poszliśmy na spacer wzdłuż kanału. Kierowca tuk-tuka niósł nade mną parasol. Sam nie miał parasola, więc czułam się bardzo… kolonialnie.
Patrzyłam na Kanał Pangalanes przez zasłonę deszczu.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















