Od ostatniego ligowego spotkania Unii minęło kilkanaście dni, ale spadek z ekstraligi był przesądzony wcześniej. Zdążyłeś nabrać do niego dystansu?
Szczerze mówiąc nie. Dopiero teraz zaczyna to do mnie wszystko docierać. Trzeba sobie powiedzieć wprost: ponieśliśmy sportową porażkę i jest mi bardzo przykro, że tak się stało.
Ale dla wielu obserwatorów nie było to zaskoczeniem. Przed rozpoczęciem sezonu wielu z nich wskazywało, że Unia dysponuje najsłabszym składem i jest pierwszym kandydatem do ostatniego miejsca w tabeli…
Mimo wszystko byłem optymistą i wierzyłem, że się utrzymamy, nawet bez Martina Vaculika. Mocno wierzyłem, że Mikkel Michelsen będzie silnym ogniwem tzw. drugiej linii, wspierającym trzech naszych liderów, że będzie zdobywał regularnie te 6‑8 punktów w meczu. Tak się jednak nie stało. Nadal twierdzę, że to perspektywiczny zawodnik, ale chyba jeszcze mentalnie nie dorósł do ekstraligi. Oczywiście dużo więcej obiecywaliśmy sobie po Piotrze Świderskim. Początek miał nawet obiecujący: w spotkaniu w Tarnowie z Unią Leszno zdobył 4 punkty i 2 bonusy, walczył, wspierał liderów, to było budujące. Niestety, potem było dużo gorzej. Nie zgadzam się z tym, że powinien dostawać więcej szans. Oczywiście szanuję jego zdanie w tej kwestii, ale jeśli zawodnik przywozi dwa kolejne zera i jedzie daleko za rywalami, a trzeba „gonić” wynik, to nie ma możliwości na dalsze eksperymenty, tylko trzeba szukać innych rozwiązań taktycznych. Takie są realia.
Nie zapominajmy, że naszym atutem miał być Krystian Rempała. Przede wszystkim miał wzmocnić formacje juniorską, podnieść poprzeczkę rywalizacji swoim rówieśnikom, ale także zastępować słabszych seniorów. Po trudnym początku sezonu dzięki dużej pracy jego i jego ojca Jacka wszystko szło w dobrym kierunku i wydawało się, że może być tylko lepiej. Niestety tragedia na torze w Rybniku wszystko zmieniła. Życie przekreśliło nasze nadzieje. Po tym wypadku w drużynie coś się załamało, widziałem, jak zawodnicy to przeżywali.
Mieliśmy też w tym sezonie innego pecha. Chyba nie było jednego meczu w Tarnowie, który mogliśmy rozegrać bez jakichś perturbacji. Albo były z różnych przyczyn przekładane, albo poprzedzone walką o przygotowanie toru, który niszczyła pogoda. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale każdy kibic wie, że takie sytuacje mają wpływ na wyniki. To są fakty.
Mam wrażenie, że atmosfera wśród kibiców też nie była najlepsza, jakby żużel przestawał być pasją sporej części z nich i moda na ten sport w mieście się kończyła. Zauważyłeś jak marna była frekwencja na stadionie?
Oczywiście, ale wpływ na taki stan rzeczy miało jednak wiele czynników. Wspomnianą tendencję obserwuję już od pewnego czasu. Nawet gdy w ubiegłym roku zdobyliśmy niespodziewanie medal Drużynowych Mistrzostw Polski, to nie brakowało głosów, że to żaden sukces, że był przypadkowy i tak dalej. Na pewno to jest przykra sytuacja.
Teraz najważniejsza jest odpowiedź na pytanie: co dalej? Wiemy, że Unia zajęła ostatnie miejsce w lidze, ale, jak uczy doświadczenie innych zespołów z ostatnich sezonów, wcale nie musi to oznaczać spadku z ekstraligi. Tarnowianie mogą bowiem otrzymać zaproszenie do udziału w niej, jeśli nie będzie chętnych do awansu z I ligi lub któryś z klubów ekstraligi nie otrzyma licencji na starty. Czy Unia jest na to przygotowana?
Na razie sytuacja jest patowa. Żeby rozmawiać o budżecie na przyszłoroczny sezon, musimy wiedzieć, w której lidze będziemy startować. Z kolei aby cokolwiek deklarować, musimy wiedzieć, jakimi pieniędzmi możemy dysponować. Musiałyby być większe niż w tym roku, bo przecież nie miałoby chyba sensu wystartowanie w ekstralidze ze składem podobnym do tegorocznego? Pozostaje nam więc cierpliwie czekać. Myślę, że wrzesień będzie decydującym miesiącem, który da nam odpowiedź na wiele pytań, a w październiku okaże się, na co nas stać. Na razie fakty są takie, że spadliśmy i powinniśmy w roku 2017 występować na zapleczu ekstraligi.
Pocieszające są ostatnie deklaracje liderów drużyny. Janusz Kołodziej i Leon Madsen wypowiedzieli się w mediach, że wcale nie muszą odchodzić z Tarnowa i biorą pod uwagę dalsze starty w Unii nawet w I lidze. Piłeczka po stronie klubu?
Mają dobre chęci i to jest budujące. Ale wszystko zależeć będzie od tego, jakie ewentualne cele będziemy mieli, jeśli znajdziemy się w I lidze. Czy będziemy walczyć o szybki powrót do ekstraligi, czy zadowoli nas bezpieczne miejsce w środku tabeli? To wszystko zależy od budżetu.
Wśród kibiców nie brakuje głosów, aby postawić na własnych wychowanków, ścignąć z powrotem do klubu chociażby Jakuba Jamroga, Edwarda Mazura czy Ernesta Kozę, którzy wesprą liderów, a taka prawdziwie tarnowska drużyna cieszyć się będzie dużym zaufaniem i sympatią miejscowych kibiców. Widzisz takie rozwiązanie?
Z wychowankami różnie bywa. Kiedy mieliśmy silny juniorski duet Maciej Janowski‑Kacper Gomólski, to nie brakowało narzekających, że na pozycji juniora powinni występować wychowankowie. Teraz jeździli wychowankowie i było niezadowolenie, że przegrywają wyścigi. Jak wrócą wychowankowie i będą zdobywać punkty, będzie w porządku. Ale jak zawiodą, to usłyszę: gdzie ten Baran miał oczy? Tak to już niestety jest.
Na zakończenie chciałbym cię zapytać, kto przed fazą play off jest twoim zdaniem głównym faworytem do zdobycia tytułu Drużynowego Mistrza Polski?
Przed rozpoczęciem sezonu myślałem, że Stal Gorzów – drużyna przez większą część rozgrywek spisywała się świetnie. Ale teraz stawiam raczej na Falubaz Zielona Góra. Znakomicie jeździ Jason Doyle, także Patryk Dudek, drugą młodość przeżywa Piotr Protasiewicz. Jest jeden z najlepszych polskich juniorów, Krystian Pieszczek, a także solidny i równo jeżdżący Andriej Karpov. I – co ważne – wrócił do składu Jarosław Hampel. Jest po długim leczeniu i rehabilitacji, ale nie musi wcale zdobywać kompletów punktów, wystarczy, że dorzuci 6‑7. Myślę więc, że obecnie szanse drużyny z Zielonej Góry trzeba oceniać najwyżej. Nie odbierając oczywiście szans pozostałym zespołom, które rywalizują o medale w fazie play off.
Paweł Baran: Rzeczywistość przekreśliła nadzieje
REKLAMA
REKLAMA























