Cztery mecze i cztery porażki, w tym dwie szczególnie bolesne, bo poniesione na własnym torze. Kibice usiłują sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ich ulubieńcy tak źle rozpoczęli kolejny rok startów, a drużyna okopała się na ostatnim miejscu w tabeli eWinner I ligi, chociaż według przedsezonowych prognoz miała walczyć o miejsce w play off. Nad żużlowym Tarnowem zdążyły się zebrać przysłowiowe „czarne chmury”.
Ratujemy co się da
Diagnoza tego stanu rzeczy? Mieszanina narastających problemów finansowo- organizacyjnych ze zwykłym pechem. Jeszcze kilkanaście dni przed pierwszym meczem nastroje w Tarnowie były dosyć optymistyczne. Skład drużyny, pomimo bolesnej straty w postaci odejścia najlepszego w ostatnich dwóch sezonach juniora I ligi Mateusza Cierniaka do ekstraligowego Motoru Lublin, wydawał się stabilny i silny. Tarnowianie byli na rynku transferowym bardzo aktywni, a tercet Tungate, Iversen i Miesiąc wydawał się być gwarancją dobrych wyników. Świadczyć mogą o tym głosy kibiców zamieszczone w przedsezonowej sondzie w TEMI.
Wszystko posypało się jak domek z kart w ciągu kilku dni. Najpierw środowisko zszokowała wiadomość, że z powodu braków w klubowej kasie jeden z potencjalnych liderów, Paweł Miesiąc, otrzymał – jak to się ładnie mówi – wolną rękę w poszukiwaniu innego klubu. To efekt znacznie niższej niż przewidywano dotacji od strategicznego sponsora. Umowę podpisano bardzo późno, bo tuż przed rozpoczęciem sezonu. Oczywiście łatwo na działaczy pomstować, ale można się w tym działaniu dopatrzeć wątków racjonalnych. Czy nie lepiej, że Pawła Miesiąca (który obecnie zasilił GKM Grudziądz) poinformowano „po męsku” o zaistniałej sytuacji, a nie zwodzono i oszukiwano przez cały sezon, aby potem zostawić bez wynegocjowanych wcześniej pieniędzy?
Później nadszedł nieszczęsny mecz z Wybrzeżem Gdańsk. Tarnowianie nie chcieli jechać, bo byli do tego spotkania nieprzygotowani. Ze względu na pogodę odbyli wcześniej ledwie dwa treningi, nie mieli okazji pojechać ani jednego sparingu. Na domiar złego podstawowy junior Przemysław Konieczny złapał koronawirusa. Toteż Unia była w gronie klubów postulujących przesunięcie rozgrywek o miesiąc. Decyzje były jednak inne. I stało się to, co się stało. Iversen rozbił się już w pierwszym biegu sezonu i w efekcie przez cztery mecze Unia jechała bez swojego potencjalnego lidera. Aby zebrać skład trzeba było się „przeprosić” z Arturem Mroczką, który miał być opcją jedynie rezerwową, a nawet z Kimem Nilssonem, z którym przed sezonem nie uzgadniano nawet warunków kontraktu. Efekt jaki jest każdy widzi, kto zajrzy do tabeli. Sobotni mecz w Rybniku z ROW-em został wprawdzie przełożony, ale trudno było oczekiwać, że w wyjazdowym spotkaniu na torze faworyta rozgrywek mogło nastąpić przełamanie i tarnowianie mogli przywieźć ze Śląska pierwsze ligowe punkty.























