
Dzień pięćdziesiąty dziewiąty: piwosz wolny od zarazy?
Pierwszy raz od ponad trzech miesięcy jadę autobusem miejskim do centrum Tarnowa. Tłumów nie ma, zgodnie z ogólnopolskimi nakazami część siedzeń jest wyłączona z użytkowania. Działa już klimatyzacja, bo na zewnątrz jest 28 stopni ciepła. Zaskakuje mnie duża dyscyplina pasażerów. Wszyscy w maseczkach – zakryte i usta, i nos. Na mojej trasie nie pojawia się nikt, kto wyłamałby się z tego nakazu. Kiedy wracam do domu, to samo. Sto procent pasażerów w maseczkach. Od czasu do czasu w autobusie odzywają się komunikaty przypominające o obowiązku zakrywania ust i nosa podczas podróży.
Jeszcze tydzień temu, jak mnie informowali inni, aż takiej dyscypliny nie było. Ciągle pojawiali się pasażerowie, którzy nie mieli częściowego zakrycia twarzy. Teraz to się zmieniło. Może ludzie się wystraszyli, że przyjdzie im zapłacić wysoki mandat? Może wzięli pod uwagę fakt, że włączenie klimatyzacji w autobusie zwiększa ryzyko zakażenia? Nadal jednak nie wszyscy boją się działającej klimy w galerii handlowej, choć może i to się zmieni.
Ministerstwo Zdrowia apeluje do właścicieli sklepów, aby dążyli do tego, by ich klienci przychodzili „zakryci”. W sklepiku na Osiedlu Legionów już to zadziałało. Kiedy do środka wszedł mężczyzna bez maseczki, sprzedawczyni od razu: – A gdzie ma pan maseczkę?
– Ja tylko tak szybko, po cztery piwa…
Na razie brakuje naukowego potwierdzenia, że piwosze nie zakażają, albo nie mogą zostać zakażeni przez innych…
Dzień sześćdziesiąty: za blisko siebie
Mało kto się już izoluje. Z drzwi wejściowych do bloków zniknęły informacje o pomocy dla osób starszych i samotnych, które boją się wyjść choćby po zakupy. Gros z nich opuściła swoje mieszkania, ale są zdecydowanie bardziej ostrożni od reszty. Noszą maseczki także na ulicy. Coraz więcej dowodów jest na to, że noszenie ich jest skuteczne, lecz pod warunkiem, iż usta i nos zakrywają wszyscy, przynajmniej w przestrzeniach zamkniętych.
Po raz pierwszy od ponad trzech miesięcy jestem w restauracji w centrum Tarnowa. Ze znajomym wchodzimy w maseczkach, potem je zdejmujemy. Siadamy po przeciwnych stronach stołu, ale nie ma pewności, czy dzieli nas dystans wynoszący dwa metry.
W tej chwili przychodzi na myśl refleksja, że spośród wielu obostrzeń sanitarnych związanych ze stanem epidemiologicznym w kraju najczęściej łamany był i jest ten, który dotyczy zachowania odpowiedniego dystansu. Nie znam małżeństwa, które wychodząc z domu natychmiast oddaliłoby się od siebie o przepisowe dwa metry i w tej odległości kontynuowało wędrówkę po ulicy. Trudne do zrozumienia i wykonania.
Ale przykładów niedostatku zwyczajnej zapobiegliwości nie brakuje. Kolega opowiada mi o pewnej scenie zaobserwowanej obok kościoła przy ul. Pułku Piechoty w Tarnowie: – To była jakaś uroczystość, może nabożeństwo, dzieci były odświętnie ubrane jak na komunię. Naliczyłem z pięćdziesiąt osób stojących tuż obok siebie. Ani jedna nie miała maseczki! Mam nadzieję, że miały nałożone podczas mszy w kościele…
Skutki braku roztropności obserwowane są do dzisiaj w Tuchowie, to tylko 20 kilometrów stąd. Po dwóch uroczystościach kościelnych w miejscowym klasztorze 90 osób zostało zakażonych, cztery z nich zmarły. Co można jeszcze do tego dodać?
Dzień sześćdziesiąty pierwszy: pobudka wśród… komarów
W jednym z wielkich sklepów widzę obok kasy wywieszkę: Pracownicy medyczni obsługiwani są poza kolejnością”. Niektóre sieci chcą w ten sposób okazać wdzięczność lekarzom, pielęgniarkom i ratownikom, którzy dzielnie walczą z covidem-19. Nie mam jednak pewności, czy ci pracownicy chcieliby się ujawnić w sklepie. Jedni wyrażają szacunek dla ich trudu, inni ich hejtują jako zagrożenie swojego zdrowia, jako wędrującą na nogach zarazę.
W tym sezonie mieliśmy być wolni przynajmniej od jednej plagi, także dokuczliwej. Wcześniej prognozowano, że tego lata będzie bardzo mało komarów, ale to jeszcze na początku czerwca, przed wielkimi ulewami. Komary są. W moich ulubionych Lasach Wierzchosławickich już lepiej nie wchodzić w głąb kompleksu. Owady mnożą się na większych i mniejszych rozlewiskach, bzyczą także nad kałużami jako pozostałością po obfitych deszczach. Ludzi atakują w biały dzień. Ciekawe, czy przeniosą się do miasta.
Dzień sześćdziesiąty drugi: uciekający dzik
Sobotnie przedpołudnie. Lasek Lipie na obrzeżach miasta. Zielone płuca „Falklandów”, bardzo sympatyczne miejsce. Prawie pusto. W czasie największej pandemii było tu sporo ludzi, nim nie wprowadzono bezsensownego zakazu wejścia do lasów, teraz w soboty ludzie kryją się po galeriach handlowych.
Nagle na drogę wybiega sarna. Ogląda się na boki i ginie w zaroślach po drugiej stronie. Pewnie poszła w kierunku Osiedla Zielonego. Kiedy w marcu i kwietniu panowały w miastach pustki, sporo dzikich zwierząt przez nikogo niepokojonych odwiedzało te miejsca. Rodzina mojej żony z Przemyśla wysłała nam zdjęcie potężnego dzika, który spłoszony umyka w dzień spod bloku na dużym osiedlu mieszkaniowym [fotka obok – red.]. Słyszałem, że w Tarnowie sarny były widziane bardzo blisko Osiedla Zielonego, ale to jeszcze nic. W Zakopanem przyszły do centrum i zjadły… herb miasta ułożony na trawniku z kwiatów.























