Koronawirus, czyli kronika strachu (VII)

0
koronawirus kronika strachu
REKLAMA

Dzień dwudziesty dziewiąty: siedem godzin w SOR-ze
Co za pech. Gośka, moja żona, na ulicy skręciła nogę. Po kilku godzinach rozbolała ją na dobre i spuchła w okolicy kostki. Jedziemy do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego przy Lwowskiej, akurat w czasie, gdy wszyscy, jeśli tylko nie wymaga tego konieczność, unikają szpitali. Nie mamy jednak innego wyjścia.
W SOR wdrożone są wszystkie procedury. W przedsionku sąsiadującym z podjazdem i halą, w której zatrzymują się karetki z chorymi, pracownik oddziału rozpytuje przez głośnik pacjentów, z jakim problemem się zgłosili i czy nie mają objawów mogących sugerować zakażenie koronawirusem. Pacjentom, którzy zostali zarejestrowani, mierzy się temperaturę ciała. Na drzwiach kartki z napisami: „Nie kłam medyka”, „SOR(ry), tu ratujemy życie”.

Do SOR przyjeżdżamy około godziny 18.30, wracamy o 1.30 następnego dnia. Zeszło nam 7 godzin, ale to nic nadzwyczajnego. Tak wygląda sytuacja w większości tego typu oddziałów w kraju, co jest tylko jednym z objawów kompletnej zapaści w publicznej ochronie zdrowia w Polsce. Kiedyś w Tarnowie funkcjonowały dwa SOR-y. Teraz jest jeden na ponad 300 tys. mieszkańców miasta i powiatu. Również jeden SOR jest na przykład w Brzesku, lecz on obsługuje 110 tys. ludności, poza tym to często pacjenci z okolic Brzeska przywożeni są karetkami do oddziału w Tarnowie.
W pewnej chwili na podjeździe znajduje się aż pięć karetek, w tym dwie z innych powiatów, także z odległego gorlickiego. To wszystko opóźnia działania w SOR. W oddziale uwija się jak w ukropie młoda lekarka, wydaje się dokładna i empatyczna. Przynajmniej tyle.
Czekając na przyszpitalnym parkingu obserwuję na pogodnym niebie niesłychane zjawisko. Przez kilka minut widzę, jak rząd rozświetlonych punktów, które zaraz – jeden po drugim – gasną, przesuwa się ze wschodu na zachód. UFO? Byłbym jeszcze bardziej zdumiony, a może zaniepokojony, gdybym dwa dni wcześniej nie przeczytał, że to grupa satelitów Starlink wystrzelonych na orbitę przez Space X Elona Muska…
Po powrocie do domu odprowadzam samochód do garażu. Wracając już pieszo, włączam latarkę. Z powodu oszczędności od kilku dni, zgodnie z zapowiedzią władz miasta, od północy do czwartej rano panują egipskie ciemności. Nie mogę zrozumieć, dlaczego już o godz. 21.40 oświetlenie było wyłączone na al. Jana Pawła II, drodze przelotowej, niebezpiecznej nawet w okresie zmniejszonego ruchu. Może to tylko awaria.
Teraz przedzieram się przez ciemności w zupełnej samotności. Wokół gęsta czerń i cisza, jak na specjalnie przygotowanym planie filmowym. Nikogo na ulicy, w końcu to już 1.45. Mało komfortowe odczucie. Miasto duchów? Co chwila tylko włącza się sygnalizacja świetlna: czerwone – zielone, zielone – czerwone. I tak w kółko. Po co? Jeden samochód na godzinę.
Latarką świecę pod nogi, żebym to ja z kolei nie potknął się na nierównym chodniku…

Dzień trzydziesty: rzeka po kostki
Drugi gorący temat, nie licząc sprawy organizacji wyborów prezydenckich w czasie epidemii w Polsce. To susza. Czytam: zero wody, stawy puste, pustki w studniach. W niektórych rejonach kraju poziom wody na Wiśle osiągnął 30 cm. A ja pamiętam Dunajec pod Żabnem jesienią 2012, na którym poziom wynosił… 20 centymetrów. Kilka lat temu widziałem Wisłę pod Szczucinem równie „głęboką”.
Dwudziestego piątego kwietnia po południu w Tarnowie i okolicy spada deszcz. Chyba nie było go przez kilka tygodni. Pada rzęsiście, ale tylko dziesięć minut. Raz czy dwa nawet zagrzmiało. Na bardzo trudną sytuację hydrologiczną nie ma to większego wpływu. Prognozy pogody mówią o kolejnych opadach w następnych dniach. Zobaczymy.
Susza jest i jej skutki mogą być niebezpieczne. Ale jeszcze bardziej obawiam się powtórki z ubiegłego roku.
Na początku było przecież podobnie. Zima prawie bezśnieżna, pierwsze tygodnie wiosny też suche. Ale przyszedł maj. Nastąpiły ulewy. Kiedy kładłem się spać i kiedy się rano budziłem, słyszałem tylko padający deszcz. Trwało to tak chyba dwie lub trzy doby. Non stop. Na Powiślu Dąbrowskim była powódź. Liczne zabudowania stanęły w wodzie, niektóre drogi były nieprzejezdne. Mam nadzieję, że ten czarny scenariusz się nie spełni, bo przecież mamy już epidemię i w zupełności to nam wystarczy.

REKLAMA (2)

Dzień trzydziesty pierwszy: naród fryzjerów
Po epidemii naszą cherlawą ochronę zdrowia czeka następna klęska. Kiedy wreszcie wszystkie przychodnie, gabinety i szpitale staną pełnym otworem, ruszy na nich armia nieszczęśliwych chorych ludzi. W kolejce czekają odsunięte w czasie wizyty lekarskie, konsultacje, badania, zabiegi operacyjne i rehabilitacja. Trudno mi nawet sobie wyobrazić, co się wtedy podzieje.
Historyczny moment? Na pasku w telewizji widzę wiadomość: w szpitalach w Wuhan nie ma już ani jednego pacjenta zarażonego koronawirusem.
Na głowie mam już szopę. Sądzę, że wkrótce przyjdzie mi podjąć dramatyczną decyzję: czy trwać w tym nieładzie konsekwentnie aż do czasu uruchomienia zakładów fryzjerskich, czy podjąć próbę domowego strzyżenia. Słyszę, że niektórzy fryzjerzy działają w podziemiu, także w Tarnowie, ale strzyżenie kosztuje nie około 20, lecz 50 złotych. W internecie ukazują się dokładne instruktaże, jak należy posługiwać się maszynką. No, jeśli zbyt wielu weźmie te rady na serio, wnet zostaniemy narodem fryzjerów. Niech już drżą zawodowcy!

REKLAMA (3)

Dzień trzydziesty drugi: ptaszek w klatce
Majówka – mimo kapryśnej pogody – pokazała, że już chyba wszyscy mają dość siedzenia w domach. Na ulicach ruch samochodowy zbliżony do normalnego. Teraz już wiemy naprawdę, jak smakuje wolność, choć jeszcze niepełna. Co gorsza, minister zdrowia, chyba niezbyt zadowolony z efektów walki z epidemią, mówi, że być może będzie trzeba powrócić do niektórych obostrzeń związanych z przemieszczaniem się. Oj, to dopiero będzie bolało! Nie wiem jednak, czy dopiero co wypuszczony z klatki ptaszek będzie chciał znów do niej powrócić.
Minister się martwi, że zbyt dużo ludzi wyruszyło do otwartych galerii handlowych i wciąż nie wie, dlaczego w Polsce robi się tak mało testów na koronawirusa, co zapewne ma wpływ na ciągle pojawiające się nowe ogniska zakażeń. Należałoby, jak widzę, czym prędzej odnaleźć w kraju człowieka, który znałby przyczyny niewielkiej liczby przeprowadzanych testów. Gdzie on jest, gdzie się ukrył? Cierpliwie na niego czekamy.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze