Największym problemem w dostępie do swojego upragnionego lokum, co nie jest z pewnością dla nikogo zaskoczeniem, jest oczywiście jego cena. Lub można na problem spojrzeć z drugiej strony – niskie wynagrodzenia. Tak czy inaczej, to właśnie rozbieżność między ceną metra kwadratowego mieszkania a dochodami hamuje możliwość przeprowadzenia się do upragnionych własnych czterech ścian. Co prawda w ciągu ostatnich kilkunastu lat sytuacja się tutaj nieco poprawiła, ale niestety dla znacznej części społeczeństwa problem jest w dalszym ciągu nie do przeskoczenia.
Rządzący mówią zatem tak: spróbujmy wybudować mieszkania taniej. Potem nie każmy ich kupować, tylko pozwólmy wynajmować. Ale ponieważ koszt wybudowania jest niższy, niższy będzie także czynsz związany z wynajmem. A jeśli uda się komuś uzbierać pieniądze na zakup wynajmowanego mieszkania, to niech go kupi, ale z uwzględnieniem tego, co zapłacił w formie czynszu. Fajne prawda? Mnie się podoba. Chociaż kilka rzeczy jest jeszcze do wyjaśnienia.
W kwestii ceny sytuacja jest dość jasna. Przynajmniej w części. Pomysł jest taki, żeby stworzyć specjalny fundusz, który będzie gromadził ziemię należącą do Skarbu Państwa. Być może dołożą się także samorządy. Na tej ziemi będzie się budować mieszkania. Jeśli ziemia zostanie włożona za darmo, tzn. nie będzie się uwzględniać jej ceny w koszcie metra kwadratowego, to możemy przyjąć, że mieszkania będą tańsze o około dwadzieścia procent.
Następnie budujemy. Tu już wstępne założenia rządu nie są dość precyzyjne. Nie wiem bowiem, czy budować będą normalnie developerzy, czy też jakieś jednostki quasi państwowe, działające jako organizacje non profit, czyli nieliczące na zysk. Jeśli to drugie, możemy teoretycznie odjąć kolejne dwadzieścia procent zmniejszające końcową cenę mieszkania. Czyli w sumie takie mieszkanie może być nawet czterdzieści procent tańsze od tego, które jest budowane standardowo, czyli przez dewelopera.
Wszystko wygląda, jak już napisałem, fajnie. Pozostaje jednak kilka kwestii do wyjaśnienia. Przede wszystkim o jakich działkach mówimy? Czy są jakoś sensownie położone? Czy nie będą wymagały doinwestowania, choćby w zakresie uzbrojenia? Co z dojazdem itd. itp. I wreszcie: ile tych działek tak na prawdę jest? Jeśli z okolic rządu padł pomysł, że program mógłby być wsparty przez samorządy, to może już na początku pomysłodawcy zakładają, że to właśnie działki samorządowe będą stanowiły podstawę programu? No ale, jakby na to nie patrzeć, jest to dysponowanie cudzym majątkiem.
Wątpliwa jest także formuła organizacji non profit. Doświadczenia są takie, że takowe zazwyczaj budują z różnych powodów, drożej niż deweloperzy. Oczywiście tym razem może być inaczej, ale warto patrzeć na dotychczasowe doświadczenia. I działalność w takiej formule budzi często kontrowersje. Jak ktoś nie wierzy, niech popatrzy na historię powstawania choćby Stadionu Narodowego…
Największą niewiadomą jest jednak finansowanie mieszkań w prezentowanym programie. Dobrze, mogą być one nawet czterdzieści procent tańsze od tych na rynku, ale jednak resztę ktoś musi wyłożyć. Ta reszta to przynajmniej 2,5 tysiąca złotych za metr. Może być więcej w zależności od miejsca w Polsce i standardu. Wiemy z zapowiedzi, że pieniądze nie mają obciążać budżetu państwa. Więc kto je da? Prywatny inwestor? Na przykład w formie zakupu obligacji? A kupon tych obligacji, czyli wypłacane odsetki będą finansowane z czynszu? Tego nie wiemy. Zresztą jak w takiej sytuacji poradzić sobie z ideą taniego wykupu takiego mieszkania przez lokatora, skoro czynsz ma być uwzględniany w cenie zakupu? Czyżby znowu w tej koncepcji miały partycypować na przykład samorządy?
Pytań jest zatem wiele. Nie zmienia to faktu, że kierunek jest dobry. Pomysł ten może pomóc wielu ludziom przeprowadzić się do wymarzonych mieszkań, trzeba go zatem rozwijać.
Program mieszkaniowy
REKLAMA
REKLAMA




















