Z pewnością jedna rzecz musi cieszyć: polska gospodarka rozwija się coraz szybciej. Inną kwestią jest jak długo tak będzie, biorąc pod uwagę zagrożenia, o których pisałem już kilka razy. Ale na razie mamy prawie 5% wzrostu. Odpowiadają za niego przede wszystkim dwa czynniki. Po pierwsze, spożycie w sektorze gospodarstw domowych. Wzrosło ono o 4,9% rok/rok, konsumujemy zatem cały czas coraz więcej, i to sporo więcej. No, ale wiemy dlaczego. Więcej osób pracuje, wynagrodzenia są wyższe, choć trzeba pamiętać o tym, o czym pisałem tydzień temu – połowa Polaków nie zarabia miesięcznie więcej niż 2600‑2700 PLN na rękę, ale to jednak o około 150 PLN więcej niż rok temu. W dodatku stopy procentowe są dalej rekordowo niskie, czyli kredyty i pożyczki rekordowo tanie. No i oczywiście mamy program 500+. W tym roku działa on pewnie bardziej na zasadzie psychologii, ale jednak działa. Trzeba jednak odnotować, że dynamika spożycia gospodarstw domowych była jednak nieco niższa niż w drugim kwartale. Nieznacznie, bo o 0,1 punktu procentowego, ale jednak.
Drugim motorem wzrostu jest eksport. W trzecim kwartale poprawił się on o 7,8% rok/rok. Z pewnością głównym powodem takiego stanu rzeczy był szybszy wzrost w strefie euro, która jest głównym odbiorcą naszych towarów. W trzecim kwartale strefa rozwijała się w tempie 2,5% rok/rok, w drugim 2,3% rok/rok. Szczególnie zaś pomogło przyspieszenie w Niemczech. Nasz zachodni sąsiad powiększył swoją gospodarkę o 2,8% rok/rok, w porównaniu z 2,3% rok/rok kwartał wcześniej. Niemcy to wciąż nasz najważniejszy partner handlowy. GUS podał, że wpływ eksportu netto, czyli eksportu pomniejszonego o import, na wzrost PKB wyniósł aż 1,1 punktu procentowego.
Z dobrych informacji, choć działających w relatywnie krótkim okresie, można jeszcze wspomnieć o boomie w inwestycjach samorządowych. Według danych GUS, publikowanych kilka dni wcześniej, w trzecim kwartale wzrosły one prawie o połowę w stosunku do tego, co obserwowaliśmy przed rokiem. To efekt zbliżających się wielkimi krokami wyborów samorządowych oraz wreszcie odblokowanych środków unijnych.
I w kwestii dobrych informacji to właściwe tyle. Bo niestety nie zaobserwowaliśmy żadnego przełomu w inwestycjach krajowych firm. Owszem, mamy wzrost o 3,3%, ale po zapaści 2016 roku i rachitycznym wzroście w pierwszych dwóch kwartałach trudno mówić o przełomie. Mało tego: GUS informuje, że udział inwestycji w PKB spadł do 17% z i tak skromnych 17,4% przed rokiem. Przyzwoity poziom to 22% – 23%.
Premier Morawiecki wspominał, że w całym 2017 może to być 18%. To i tak zdecydowanie za mało. Zresztą nie wiadomo, czy to jest w ogóle realne, czy są to jedynie pobożne życzenia. Aby osiągnąć taki wskaźnik w czwartym kwartale, musielibyśmy zobaczyć naprawdę poważną poprawę. Przypomnę, że na kilka dni przed publikacją danych wstępnych o PKB za trzeci kwartał Morawiecki twierdził, że inwestycje wzrosły o przynajmniej 5%. Nic takiego nie miało miejsca. A bez inwestycji, piszę to po raz kolejny, nie ma szans na w miarę szybki rozwój w średnim i długim okresie.
A zatem jest dobrze czy nie? Tak jak napisałem na początku. Jest dobrze, bo 5% wzrostu w ujęciu rocznym musi cieszyć. Choć pamiętajmy, że nie jesteśmy wyjątkiem. Koniunkturę obserwujemy właściwie wszędzie, dotarła ona także do nas. Jeśli Niemcy, dwa i pół razy bogatsze od nas, rozwijają się w tempie 2,9% rok/rok, to nasz wzrost nie robi już takiego wrażenia. Martwi jednak brak inwestycji. Czy mamy szansę na ich wzrost? A czy czynniki, które go hamują, czyli przede wszystkim brak stabilności otoczenia gospodarczego i problemy na rynku pracy, przestały działać?
A jednak przełomu nie ma
REKLAMA
REKLAMA




















