Dochody ze sprzedaży ropy i gazu stanowią około 60% wpływów do rosyjskiego budżetu. Brak tych dochodów oznaczałby zatem katastrofę. Jest to jednak broń obosieczna, biorąc pod uwagę uzależnienie większości krajów Europy od rosyjskich nośników energii. Czy zatem Stary Kontynent jest na nie skazany?
Najkrócej mówiąc: nie. Jeśli weźmiemy pod uwagę dzisiejsze możliwości produkcyjne i rezerwy proste, które stosunkowo łatwo można by było uruchomić, to z pewnością ani ropy, ani gazu nie zabraknie. Nie mówiąc już o olbrzymim potencjale amerykańskich złóż łupkowych. Warto w tym miejscu przypomnieć, że od połowy lat siedemdziesiątych, czyli od wielkiego kryzysu naftowego, w Stanach Zjednoczonych obowiązuje zakaz eksportu ropy. I mimo tego świat, delikatnie mówiąc, jakoś sobie radził. Dzisiaj USA dysponują potężnymi nowymi złożami i są coraz większym producentem. Jeszcze pod koniec 2013 roku na poważnie zaczęto w Ameryce dyskutować nad sensem obowiązywania wspomnianych zakazów. Tak czy inaczej świat bez rosyjskiej ropy i bez rosyjskiego gazu sobie poradzi. Ale to teoria. A co stałoby się w praktyce?
W pierwszym okresie, dni, tygodni, może nawet miesięcy, doszłoby zapewne do wyraźnego wzrostu cen. Przestawienie się na nowe źródła musiałoby zająć trochę czasu, a poza tym, a może to jest najważniejsze, do głosu doszliby spekulanci. Takiej okazji nie można przecież nie wykorzystać. W sytuacji zagrożenia łatwo rozkręcić panikę, a jej konsekwencją musiałoby być wyraźne podrożenie zarówno gazu, jak i ropy. A na tym przecież można zarobić. To brutalne, ale prawdziwe.
Po drugie nie wiemy tak naprawdę, jak zmieniłyby się ceny w długim terminie. Co do ropy to nie ma tak naprawdę argumentów za tym, że musiałaby ona jakoś dramatycznie podrożeć. W przypadku gazu sytuacja jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Wiemy, że na przykład gaz z amerykańskich łupków nie jest drogi. Ba: jest czterokrotnie tańszy niż ten kupowany w Gazpromie. Ale trzeba by go było do Europy przewieźć, a wcześniej skroplić. Trzeba dysponować, portami do załadunku, statkami do przewozu i portami do rozładunku. A potem dostarczyć go do ogólnodostępnej sieci. Ile to wszystko może kosztować zależy od skali działania, jego tempa, upowszechniania technologii itd. itp. Ale możemy przyjąć, że taniej, niż dzisiaj, z pewnością nie będzie.
Mało tego: we wszystkich rozważaniach podkreśla się stabilizujący rynek, wpływ amerykańskich zasobów. Ale przecież nie wiemy, jaką decyzję podjęłyby Stany Zjednoczone. Dzięki tanim nośnikom energii ich gospodarka, szczególnie przemysł, ma dzisiaj dodatkowy atut w walce konkurencyjnej. Czy USA zdecydowałyby się ten atut ograniczyć? Czy etyka i moralność zwyciężyłyby z kwestiami ekonomicznymi i walką konkurencyjną?
Bez rosyjskiego gazu i ropy przeżyjemy. Ale skutki rezygnacji z tego źródła byłyby bardzo poważne i wszyscy byśmy je odczuli. Zarówno my, indywidulani odbiorcy, jak i cała gospodarka, a zatem w konsekwencji my, obywatele. Na dzisiaj są to jednak tylko czysto teoretyczne rozważania. Jedno jest jednak pewne: bez względu na to, jak zakończy się kryzys ukraińsko – rosyjski, cała Europa, nie tylko Polska, powinna stworzyć i realizować długoterminową strategię dywersyfikacji źródeł energii.
Rosyjska ropa i gaz
REKLAMA
REKLAMA




















